Z Katarzyną Bereniką Miszczuk, spotykam się na warszawskiej Pradze. To miejsce jest szczególne dla nas obu. Dla mnie to siedziba redakcji, dla Kasi, wspomnienie z dzieciństwa.

 

Kasiu, zacznijmy od tego, że opowiem Ci jak Cię „znalazłam”.

Dobrze.

Znalazłam” Cię w Empiku. Był tam tzw. dwupak: „Szeptucha” i „Noc Kupały”. Wzięłam Twoje książki do ręki i mówię sobie: no nie…kolejny romans, a nie jest to mój ulubiony gatunek. Nieco później odwiedziłam przyjaciółkę, ona wyciągnęła książkę i mówi: Wiesz co?! Rewelacyjna!. I kiedy zaczęła mi ją zachwalać, zorientowałam się, że to Twoja książka. Mówię więc do niej: dobra, pożycz. Efekt tego był taki, że na następny dzień zadzwoniłam do księgarni i zamówiłam wszystkie trzy części. Co mi się spodobało? Że jednak nie jest to typowy romans w stylu Daniel Steel.

Skąd pomysł, żeby naszą słowiańską kulturę i dawne wierzenia wpleść w
tradycyjny romans? Jest to bardzo nieszablonowe, bo Twoje wcześniejsze książki opierają się na nieco innej konwencji…

Przed napisaniem każdej kolejnej książki zastanawiam się: Co już było?, O czym już ktoś napisał?, Co już czytelnicy znają?. O naszych słowiańskich korzeniach było do tej pory niewiele. Rodzina mojego męża pochodzi z Bielin pod Kielcami w województwie świętokrzyskim. Bardzo często do nich jeździmy i spacerujemy po Świętokrzyskim Parku Narodowym. I tam naprawdę, pomiędzy tymi drzewami czuć ducha dawnych czasów. Wydaje się, że za chwilę ktoś lub coś wyskoczy na Ciebie zza jakiegoś drzewa. I właśnie to otoczenie zainspirowało mnie do napisania cyklu powieści. Zaczęłam grzebać, kopać, szukać jakiś informacji na temat Słowian, na temat ich wierzeń. Przyznam szczerze, że niewiele tego było. Pracę nad „Szeptuchą” zaczęłam pięć lat temu. Wtedy nie było jeszcze, ani podręczników na ten temat, ani opracowań naukowych. To w zasadzie moda ostatnich lat.

Fakt, jest bardzo mało opracowań, praktycznie poza „Mitologią Słowian” nie ma nic konkretnego…

Profesora Gieysztora z Uniwersytetu Warszawskiego…

Dokładnie. Bardzo ciężko zdobyć jakąkolwiek literaturę w tym temacie.

Więcej prac jest u naszych sąsiadów zza wschodniej granicy. Na wschodzie, szczególnie na Ukrainie, starosłowiańskie wierzenia trwały dłużej niż u nas. Zaczęłam, więc drążyć, zgłębiać temat. Zafascynowałam się tak, że już sobie nie wyobrażałam, bym mogła napisać coś innego. Zaczęłam pracować nad „Szeptuchą”.

I uważam, że to był strzał w dziesiątkę, ponieważ jest to książka napisana w nietypowy sposób. Niewiele jest w literaturze polskiej wątków nawiązujących do mitów i legend słowiańskich. Wszystko, na czym opiera się nasz świat to wiara chrześcijańska. To anioł i diabeł, tak jak w Twojej „Diablicy”. Klasyczna walka dobra ze złem. Nawet w literaturze amerykańskiej, np. u Mastertona – jest nawiązanie do wierzeń, w tym przypadku do wierzeń indiańskich.

Szamańskich.

A tu raptem w naszej rodzimej twórczości literackiej, autorka, Katarzyna Miszczuk idzie w tym kierunku i to się sprawdza?

Sprawdziło się. Myślę, że większość podeszła do tego tematu tak jak ja. W szkole była mitologia grecka i rzymska. O nordyckiej też się słyszało, chociażby film „Thor”. Nawet w Ameryce sięgnięto po nordyckich bogów. U nas poza „Starą Baśnią” i postaciami z Wiedźmina nie ma nic. Ja bardzo zafascynowałam się tym tematem i miałam nadzieję, że oczaruje on też moich czytelników.

Mnie oczarował!

To są przede wszystkim nasze polskie korzenie.

Po pierwsze nasze polskie, a po drugie nie są przerysowane. Gosława jest postacią…

Ta postać jest akurat troszkę przerysowana.

Ale jest interesująca w swojej takiej…

Gadatliwości?

Gadatliwości też…, ale też w tym, że jest postacią nieco histeryczną, np. panicznie boi się kleszczy i natychmiast musi wziąć leki. Czy to nie jest pokłosie tego, że skończyłaś medycynę?

Tak.

I to sprawia, że postać Gosławy jest wiarygodna.

Chciałam właśnie sprawić, by główna bohaterka nie była typową heroską, która niczego się nie boi, weźmie nóż kuchenny, pójdzie i zabije wszystkie demony na swojej drodze. Moja bohaterka miała być trochę jak każda z nas. Ma prawo czepiać się drobiazgów, ma prawo mieć swoje fobie, ma prawo panicznie bać się kleszczy. Chciałam, żeby była prawdziwa.

Foto: Marcin Łobaczewski

I jest prawdziwa. A wątek wielkiej miłości…

Musiał być wątek wielkiej miłości.

Ale mamy też inny wątek miłosny… w momencie, gdy ginie stary Żerca, jego miejsce zajmuje młody następca Witek. Wtedy też pojawia się wątek kolejnego romansu?

Może ze strony Witka, ale nie ze strony Gosławy.

Dokładnie, ale to bardzo ciekawie opisany wątek miłosny. A Mieszko powróci, prawda?

Mieszko jest specyficzną postacią, taki bohater nigdy nie występował w moich książkach. Chciałam sprawić, by on również był autentyczny. By te tysiąc lat, które przeżył odcisnęło na nim piętno zmęczenia. Chciałam żeby miał swoje wady, swoje humory i swój sposób myślenia. Nie tak jak Edward ze „Zmierzchu”, który, mimo iż jest bardzo stary, zachowuje się jak nastolatek. Nie wiem czy mi się to do końca udało, ale bardzo starałam się uwidocznić, że Mieszko to stary i zmęczony człowiek.

Najlepsze jest to, że przy tym zmęczeniu, on jest nadal bardzo męski.

Chłop z mieczem.

Tylko konia mu zabili.

Spokojnie, jeszcze sobie kupi.

Na „Land Rovera” się musiał przesiąść biedactwo.

Ale wybrał najbardziej męski samochód.

To coś nowego w polskiej literaturze, połączenie świata pradawnych wierzeń, słowiańskich bóstw i romansu. Wnosisz tym powiew świeżości do naszej literatury, uderzając w tę słowiańską nutę. A powiedz, co można znaleźć w „Sekretniku Szeptuchy”? Jestem bardzo ciekawa, co to za porady. Bardzo podobają mi się np. przepisy, które są na wewnętrznych stronach okładki.

Sekretnik Szeptuchy” to połączenie kalendarza, z książką, z ciekawostkami, fragmentami powieści, kolorowankami, psychotestami. Mogę zdradzić tylko to, że wszystkie przepisy są autentyczne, także ten „jak pozbyć się sąsiada”. Były one stosowane w województwie świętokrzyskim jeszcze w XIX wieku. Znalazłam książki etnograficzne, powyciągałam ciekawostki z regionu świętokrzyskiego, więc wszystko, co jest w napisane w poradniku jest autentyczne.

Bardzo podoba mi się konwencja, w jakiej piszesz. Nie jest to po raz kolejny walka dobra ze złem. Nie jest to kolejna książka, opisująca demona, który wyskoczył z szafy. Jest to książka, w której wyskakuje mi moje, rodzime bóstwo, molestuje główną bohaterkę w lesie, wypalając jej znamiona na ciele.

Chciałam, żeby bóstwa w mojej powieści żyły w świecie zwykłych ludzi, nie tak jak w mitologii greckiej czy rzymskiej gdzie świat bogów i ludzi jest rozdzielony. Na przykład Światowid spaceruje, jako bezdomny po Kielcach i podpytuje ludzi czy wierzą w Boga. Chciałam, żeby bogowie z moich utworów byli bardziej powszechni, widzialni, osiągalni.

Czytaj dalej.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany