Kilka lat temu Magdalena Osowska przybyła do jednego z krajów Zatoki Perskiej, by tam rozpocząć życie, które sobie wymarzyła. Choć jej droga do upragnionego celu często bywała kręta i wyboista, Magda nie poddała się i nigdy nie zwątpiła w siebie. Jest wspaniałą, pełną pasji i pozytywnej energii kobietą, której historia może stanowić inspirację dla wielu ludzi oraz przykład, że o marzenia trzeba walczyć.

Jak długo pracujesz w zawodzie stewardessy?

8 marca świętowałam 12 lat.

Wow, to spory staż.

Tak, to bardzo rzadko spotykane w liniach lotniczych w tej części świata. Gdzie indziej jest to kariera na długie lata tudzież na całe życie, a na Bliskim Wschodzie jest to najczęściej przygoda na kilka lat. Później ludzie szukają innego zajęcia. Jestem więc tutaj weteranką (śmiech).

Wróćmy jednak do początku twojej historii. Powiedz, czy planowałaś udział w rekrutacji, czy też poszłaś na nią pod wpływem impulsu?

Brałam udział w rekrutacji, nie jednej zresztą, ponieważ bardzo chciałam zostać stewardessą, marzyłam o tym od jakiegoś czasu. Na pewno nie było mi łatwo dostać tą pracę, ale wydaje mi się, że właśnie ta droga, która była dość ciężka i wyboista, sprawiła, że pracuję w tym zawodzie już 12 lat.

Kiedy zapragnęłaś zostać stewardessą?

W trakcie studiów polonistycznych zaczęłam się zastanawiać, co dalej mam ze sobą zrobić. Wówczas brałam pod uwagę wiele możliwości – pracę w szkole, dziennikarstwo, studia doktoranckie. W pewnym momencie zdałam sobie jednak sprawę, że do tej pory poznawałam świat jedynie z książek, że tak naprawdę nie mam z nim żadnego realnego kontaktu. Jeszcze podczas studiów udało mi się wyjechać na stypendium językowe do Chin. To był niesamowity rok, związany z podróżami. Wtedy zaczęłam podróżować po Chinach, pojechałam do Japonii. Kiedy wróciłam do Polski, pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zacząć poznawać świat empirycznie i zaczęłam rozmyślać, jaka praca dałaby mi taką szansę. Na ostatnim roku studiów, będąc w trakcie pisania pracy magisterskiej, zapragnęłam zostać stewardessą.

Jak wyglądały twoje pierwsze kroki na drodze ku spełnieniu tego marzenia?  

Akurat kiedy kończyłam studia polskie linie lotnicze otwierały połączenie do Pekinu. Stwierdziłam, że jest to okazja w sam raz dla mnie, bo będę mogła nadal mieszkać w Polsce i jednocześnie podróżować, latać do Chin i rozwijać się językowo. No i poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. W jej trakcie zostały sprawdzone m.in. moje umiejętności w posługiwaniu się językiem chińskim, co bardzo spodobało się rekruterom. Generalnie wszystko wskazywało na to, że zostanę przyjęta z otwartymi ramionami, ale niestety później okazało się, że mam za słaby wzrok i zostałam z tego powodu zdyskwalifikowana. Jeśli chodzi o wzrok personelu pokładowego, linie lotnicze są bardzo restrykcyjne. Wylałam morze łez, naprawdę bardzo to przeżyłam. Dopiero z perspektywy czasu okazało się, że jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Co było dalej? 

Postanowiłam nie rezygnować ze swoich marzeń. W dwa dni po obronie pracy magisterskiej poleciałam z biletem w jedną stronę do Londynu, gdzie miałam wziąć udział w rekrutacji do dwóch linii lotniczych. W pierwszych liniach, które latały tylko na trasach do Dubaju i Nowego Jorku, dostałam pracę. Powiedziano, że pomyślnie przeszłam wszystkie etapy rekrutacji i pogratulowano mi. Byłam z siebie bardzo zadowolona i pomyślałam sobie, że świetnie, pozostaje mi tylko czekać na szkolenie. W międzyczasie poszłam na rekrutację do tych drugich linii. Przeszłam do ostatniego etapu, ale chyba musiałam powiedzieć coś nie tak, bo odrzucono moją kandydaturę. Nie byłam jednak rozczarowana, bo miałam już pracę w tych pierwszych liniach. Niestety, moja radość nie trwała długo, bo w wyniku wielkiego kryzysu, który miał miejsce w roku 2008, mój przewoźnik zbankrutował. Zostałam na lodzie i musiałam dorabiać jako kelnerka. Wciąż jednak się nie poddawałam i wysyłałam zgłoszenia do wielu linii lotniczych. Jedne od razu mnie odrzucały, drugie zapraszały na rozmowy, aż w końcu trafiłam na ofertę linii, w których obecnie pracuję. Przeszłam przez wszystkie etapy rekrutacji i po jakimś czasie zostałam poinformowana, że zostałam przyjęta, co oczywiście było spełnieniem moich marzeń. I tak właśnie znalazłam się w Zatoce Perskiej.

To naprawdę cudowne, że w końcu ci się udało. Co czułaś, kiedy dotarło do ciebie, że właśnie spełnia się twoje największe marzenie?

To było dla mnie przeogromne szczęście. Wydaje mi się, że to wynikało z tego, że ja tak bardzo tego chciałam. Kiedy dostałam wiadomość z informacją, że zostałam przyjęta, wiedziałam, że to całkowicie zmieni moje życie.

Co na to twoi bliscy? Cieszyli się razem z tobą?

Myślę, że moja rodzina była już przyzwyczajona do tego, że miewam zwariowane pomysły i ja najczęściej nie prosiłam ich o pozwolenie, czy o radę, a po prostu komunikowałam im o swoich zamiarach. Kiedy wyjeżdżałam na stypendium do Chin, nie udzielano mi rad, czy powinnam jechać, czy nie. Ja ogólnie nie tworzę czarnych scenariuszy i wychodzę z założenia, że sobie poradzę.  Rzeczywiście, rodzice nigdy nie musieli pomagać mi w jakichś kryzysowych sytuacjach i na wieść o mojej przeprowadzce do Emiratów zareagowali w ten sposób: no dobrze, leć (śmiech). Ludzie z najbliższego otoczenia nigdy mnie nie zniechęcali, nie mówili mi, że powinnam robić coś tak albo tak. Po prostu kibicowali mi i to na pewno bardzo mi pomogło. Jeśli nawet nie rozumieli, dlaczego podejmuje pewne decyzje, to nie stawiali oporu. Wydaje mi się, że wsparcie bliskich jest bardzo ważne, jeżeli chce się zrobić w swoim życiu cokolwiek.

Ja też tak uważam. Jakie wrażenia towarzyszyły ci tuż po wylądowaniu w Emiratach?

Wylądowałam wieczorem także widziałam niewiele (śmiech). Zaraz po tym przyjechałam do mieszkania, w którym nikogo nie było. Pamiętam, że wtedy w ogóle nie wiedziałam, gdzie dokładnie jestem. Następnego dnia poszłam do sklepu, który znajdował się blisko mojego miejsca zamieszkania. Domyśliłam się, że jego nazwa odnosi się do dzielnicy Abu Dhabi, w której byłam. Podałam tą nazwę siostrze, a ona powiedziała, że to miejsce z nazwy sklepu znajduje się prawie dwieście kilometrów od Abu Dhabi. Ale w końcu udało nam się ustalić, że jednak jestem w Abu Dhabi, tylko w regionie pustynnym, dość daleko od centrum. Generalnie jest tak, że przylatuje się na dzień lub dwa przed rozpoczęciem szkolenia i cała energia skupia się na tym kursie, który jest bardzo intensywny i wykańczający. Pierwsze tygodnie wyglądają tak, że widzi się tylko swoje mieszkanie i centrum szkoleniowe, nie ma tak naprawdę czasu na eksplorację. A ja, jako że mieszkałam daleko od centrum Abu Dhabi, przez pewien czas w ogóle nie wiedziałam jak ono wygląda.

W przeciągu tych dwunastu lat pracy na pewno przytrafiło ci się mnóstwo trudnych sytuacji z pasażerami. Czy mogłabyś opowiedzieć o niektórych z nich?

Pewnego razu pan, lecący z nami w biznes klasie, wylał na siebie całą butelkę czerwonego wina. Był bardzo zdenerwowany, bo miał na sobie białą koszulę, a tuż po locie spotkanie biznesowe w Singapurze. Leciał tam tylko na dwa dni, więc nie miał w co się przebrać. Ostatecznie jednak, wspólnymi siłami udało nam się sprawić, że pod koniec lotu pasażer śmiał się z tej sytuacji. Co więcej, dwa dni później wracał z nami do Abu Dhabi i żartował mówiąc, iż ma nadzieję, że tym razem obejdzie się bez prysznica. Mam też do czynienia z pasażerami z Indonezji, którzy latają na pielgrzymki do Mekki. Najczęściej są to osoby bardzo leciwe, kruche, niepewne, nieznające języka angielskiego. Moja praca polega wówczas na tym, że ja takich ludzi muszę dosłownie przyprowadzić za rękę i pomóc im usadowić się w fotelu. Kiedy zbliżamy się do Mekki, ci ludzie idą do łazienki i tam dokonują ablucji. Ja już wiem, że po ich wyjściu łazienki będą w nie najlepszym stanie, z czym będę musiała sobie później jakoś poradzić. Po umyciu przebierają się, np. mężczyźni zakładają białe szaty (tzw. ihram). Jest naprawdę mnóstwo specyficznych problemów i zachowań związanych z lataniem w tej części świata.

Stewardessa to tak naprawdę kilka zawodów w jednym. Na pokładzie często musicie wchodzić w rolę niani, pielęgniarki, psychologa, mediatora.

Oczywiście (śmiech). Rzeczywiście jest tak, że my wchodzimy w bardzo wiele ról. Przede wszystkim jesteśmy pielęgniarkami, bo przypadki medyczne zdarzają się dość często. Np. pasażer zasypia na jakiś czas, po przebudzeniu idzie do łazienki i po drodze mdleje, bo organizm zbyt długo był w jednej pozycji i ta osoba za szybko wstała. Ja w tym momencie muszę się odpowiednio zachować i udzielić pomocy zgodnie z zasadami, które są w naszym manualu. Czasami trzeba też udzielać pasażerom wsparcia psychicznego. Pamiętam, że na jednym locie był z nami pan, który doznał nagłego napadu lęku i poprosił mnie, żebym trzymała go za rękę, mówiła do niego. Często musimy też z pasażerami negocjować, np. kiedy skończył się kurczak i trzeba im zaproponować inne danie (śmiech). Non stop pojawiają się jakieś sytuacje, na które personel musi reagować, nie zawsze mając pewność, czy to, co robimy jest słuszne, bo niezwykle trudno jest przewidzieć reakcje innych ludzi.

Masz jakieś swoje ulubione destynacje?

Na pewno Chiny, które m.in. zainspirowały mnie, żeby zostać stewardessą. Pekin pojawił się już w moim pierwszym grafiku. Latałam tam bardzo często, a postoje były dość długie, bo dwu, trzydniowe. Wówczas miałam tam jeszcze koleżanki ze studiów i spotykałam się z nimi.  Chodziłam też na swój dawny uniwersytet, jeździłam w miejsce, gdzie kiedyś mieszkałam. To były dla mnie bardzo emocjonalne pobyty. Zawsze chętnie wracam do Chin. Lubię też Japonię, ogólnie całą Azję. Te destynacje, które mocno różnią się od mojego zaplecza kulturowego bardzo mnie ekscytują. Mniej interesują mnie europejskie kierunki, ponieważ są mi bardziej znane i zawsze mogę polecieć do Niemiec, czy do Francji. Natomiast Indonezja, Singapur, Korea, Japonia i Chiny są dla mnie szalenie pociągające. Podoba mi się też południowa Afryka, gdzie miałam niesamowite pobyty. Na jednym z nich, tym który najbardziej zapadł mi w pamięć, poszłam na safari. Wówczas jeździłam konno wśród żyraf i zebr. Dla mnie to było coś niezwykłego, bo parę godzin wcześniej byłam w samolocie, a teraz jeżdżę na koniu koło żyraf (śmiech).

Co najbardziej pociąga Cię w kulturze krajów azjatyckich? Które tradycje, zwyczaje wywarły na Tobie największe wrażenie?

W Azji, tak ogromnej i różnorodnej pociąga mnie wszechobecna inność, fascynują mnie tak odmienne od zachodnich zachowania społeczne, odejście od indywidualizmu i większy nacisk na wspólnotowość i przestrzeganie norm społecznych. Uwielbiam żywiołowość i chaotyczność azjatyckich ulic – choć tu oczywiście są również ogromne różnice- od pełnych skuterów i rowerów ulic Wietnamu, poprzez tuktuki na Sri Lance do zdyscyplinowanych tłumów przekraczających słynne tokijskie przejście w dzielnicy Szibuja. Uwielbiam również świątynie i miejsca kultu – zawsze je odwiedzam. Nie spędziłam wystarczająco dużo czasu w Azji, żeby poznać bliżej tradycje krajów kontynentu, choć na pewno fascynujące są huczne obchody Nowego Roku w Chinach (udało mi się kiedyś świętować je z chińską rodziną w mieście Xi’an). Najbardziej fascynującym krajem, nie tylko w Azji, ale i na całym świecie, pozostaje dla mnie Japonia, która urzekła mnie już w trakcie pierwszej wizyty w 2007 roku.

Jakim jednym słowem opisałabyś swoją pracę?

Ekscytująca. Takie jest właśnie moje podejście do tej pracy. Pomimo że wiem już, czego mam się mniej więcej spodziewać na danym locie, to jednak zawsze pojawia się jakiś nowy element, który wprowadza nutkę ekscytacji. Jest rutyna i jednocześnie nie ma tej rutyny, w jednej chwili wszystko może się zmienić. Właściwie wszystkie większe wydarzenia na świecie dotykają mnie nie tylko w sposób pośredni, ale i bezpośredni, np. wybuch wulkanu na Islandii.

Czy mogłabyś opowiedzieć o jakimś aspekcie tego zawodu, o którym osoby niezwiązane z awiacją mogą nie wiedzieć, a który może wydać się intrygujący?

Może interesującym wyda się to, że za każdym razem lecimy z innymi osobami, z którymi w ciągu kilku minut musimy odnaleźć się w dynamicznym, pełnym wyzwań i nagłych zmian środowisku pracowniczym. A to jest dużym wyzwaniem, bo pochodzimy z różnych kultur, mamy różne wykształcenie, różne doświadczenie zawodowe i życiowe. Ale łączy nas również bardzo wiele – wszyscy jesteśmy imigrantami, większość z nas jest z daleka od rodziny i znajomych. Wszyscy jesteśmy trochę oderwani od rzeczywistości – nie znamy dnia tygodnia, sen jest dla nas świętością, nasze problemy oscylują wokół takich zagadnień, jak: gdzie pójść na masaż w Bangkoku, jak dostać się na Times Square z hotelu, czy hotel przyjmuje paczki, czy uda nam się spotkać ze znajomymi, rodziną, chłopakiem na pobycie zagranicznym (tzw. layover), czy zdążymy wrócić ze zwiedzania przed pobudką (wake up call) przed lotem powrotnym. Wspólnym doświadczeniem jest również częste poczucie izolacji i osamotnienia, niezrozumienia stylu życia przez rodzinę i znajomych. Zdumiewająco łatwo przychodzi nam dzielenie się nawet najbardziej intymnymi szczegółami z życia – być może wynika to z tego, że już nigdy nie spotkamy naszego rozmówcy, być może z tego, że liczymy na zrozumienie. W trakcie nocnych lotów, gdy pasażerowie śpią i jest nieco mniej pracy jumpseat and galley talk (rozmowy odbywające się na siedzeniach dla załogi w pokładowej kuchni) nabiera rumieńców. Tematyka rozmów jest bardzo różnorodna, choć najwięcej emocji wywołują zwierzenia poświęcone związkom. Ich rozwój i pielęgnacja przy tym trybie życia są bardzo trudne. A wieczne poczucie osamotnienia intensyfikuje jeszcze potrzebę bycia z kimś. Czasem okazuje się, że dwie dziewczyny na locie spotykały lub spotykają się (!) z tym samym chłopakiem. Ale to już temat na inną rozmowę.

Jak praca stewardessy i liczne podróże wpłynęły na Twoją osobowość? Czy nadal masz w sobie coś z tej dziewczyny, która za murami uniwersytetu poznawała świat z książek?

To jest fascynujące pytanie. Uważam, że zarówno podróże, jak i praca bardzo dużo mnie o sobie nauczyły – nieustannie stymulują moją kreatywność i umiejętność szybkiego znajdywania rozwiązań. A jeśli chodzi o to moje przejście od dziewczyny ciekawej świata do dziewczyny doświadczającej świata, to myślę, że kiedyś śledziłam z zapartym tchem losy fikcyjnych bohaterów książkowych, a teraz jestem postacią pierwszoplanową szalonej powieści podróżniczej, której kolejne rozdziały piszę swoim życiem każdego dnia. Właśnie to lubię najbardziej – nagłe zwroty akcji, nieprzewidywalność, ciągłe zastanawianie się: co teraz przydarzy się mojej bohaterce? Pamiętam, jak miałam pracowniczy całonocny lot do Indii i z powrotem do bazy, po którym szybko się przebrałam w domu (mieszkam blisko lotniska) i już jako pasażerka poleciałam do Sydney (14 godzin). Stamtąd do Auckland w Nowej Zelandii, a następnie do Tonga, gdzie pływałam z wielorybami humbak. Tydzień później wróciłam przez Auckland i Dubaj do Abu-Dhabi, żeby następnego dnia polecieć służbowo do Monachium. Po tym locie znów miałam wakacje i tym razem poleciałam najpierw do Tokio, potem na Okinawę, po czym przez Hong Kong do Abu-Dhabi, a następnie znów służbowo do Monachium. I tak wyglądały dwa tygodnie z mojego życia! A adrenaliny dodaje fakt, że podróżuję w trybie standbaj, czyli nigdy nie mam gwarancji, że dostanę się na planowany lot. Zatem tak lubiane przeze mnie nagłe zwroty akcji są nieuniknione! Dalej mam w sobie dużo polonistycznej zadumy i tendencji do głębokiej analizy świata i ludzkich zachowań (materiału mi nie brakuje!). Swoje pedagogiczne wykształcenie i umiejętności również udaje mi się wykorzystywać. Kiedyś byłam trenerką w naszej szkole przygotowującej do zawodu stewardesy, a teraz jako menadżerka dzielę się swoją wiedzą, doświadczeniami i oceniam pracę innych.

To była niezwykle inspirująca rozmowa. Bardzo Ci za nią dziękuję.

INSTAGRAM MAGDALENY

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Magdaleny.

O Autorze

HISTORIA

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, choć z ochotą podjęłaby też studia na kierunkach takich, jak historia czy historia sztuki. Wielbicielka prozy psychologicznej, obyczajowej i historycznej. Amatorka muzyki - tej, która potrafi wzruszyć do łez i pobudzić wyobraźnię. Fanka filmów z udziałem Kate Winslet, Cate Blanchett i Geoffreya Rusha. Ciągle dokądś goni i wiecznie brakuje jej czasu, ale kiedy uda jej się zatrzymać, choć na chwilę, wtedy czyta, pisze lub pije herbatę w towarzystwie babci.

2 komentarze

  1. Monia

    Fantastyczny wywiad. Pani Magdalena pięknie to wszystko opisała. Aż chce się odwiedzić te wszystkie egzotyczne miejsca i zasmakować tamtejszego życia.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany