Z jedną z najbardziej poczytnych autorek romansów spotykamy się w ciepły, lipcowy dzień w warszawskiej kawiarni. Ostatni dzień urlopu Kasia Haner poświęca nam na szczerą rozmowę o swojej twórczości i planach na kolejne książki. Dzieli się z nami wrażeniami po sesji zdjęciowej, nad którą pracowaliśmy dwa dni wcześniej, a której efekty możecie obejrzeć w tym materiale.

Uśmiechnięta, zasiada z nami do stolika w kawiarnianym ogródku. Nie przeszkadza jej gwar ulicy ani ludzie siedzący obok, którzy już od samego początku z zainteresowaniem przysłuchują się naszej rozmowie.

Dopiero później Kasia przyznała: „Przed wywiadem odrobinę się stresowałam, ale tylko do momentu, w którym zaczęliśmy rozmawiać”.

 

Piotr: Pierwszą książką jaką wydałaś było „Na szczycie”. Później ukazała się seria „Mafijna miłość”, której ostatnia część weszła do księgarni na początku lipca tego roku. Skąd pomysł na taką literaturę?

Kasia: Zanim usiadłam, by pisać, zaczęłam czytać. Koleżanka, jak wszystkie panie, które to czytają, podsunęła mi literaturę Grey’a. Ona zaszła w ciążę, a ja siedziałam w pracy po osiem godzin i ta książka tam leżała. Pewnego dnia sięgnęłam po nią, przekartkowałam, zaczęłam czytać i wciągnęłam się. To był ten czas, kiedy w Polsce dostępna była dopiero pierwsza część tej historii, a na drugą trzeba było jeszcze poczekać. Z nudów zaczęłam szukać innych takich romansów. To było wtedy, kiedy zaczynał się na nie taki szał.

fot. Monika Smykowska – Golec

Justyna: I co było drugie?

K.: Druga była seria amerykańskiej autorki Sylvii Day tj. ,,Dotyk Crossa”. To coś bardzo podobnego, gdzie głównym bohaterem też jest mężczyzna milioner, a bohaterka to dziewczyna mniej pewna siebie. Po pół roku takiego czytania, któregoś dnia siadłam do laptopa, otworzyłam plik tekstowy i coś tam zaczęłam sobie skrobać przez nadmiar emocji w tych książkach. Większość kobiet, które czyta taką literaturę, podchodzi do tego bardzo emocjonalnie, przeżywają to wszystko tak samo jak ja przeżywałam. Coś się w tych naszych głowach tworzy. Wiadomo, jakieś fantazje, nie fantazje – w końcu jesteśmy babkami. 😉

P.: Podobno większość autorów pisze albo na podstawie własnych przeżyć, albo zasłyszanych historii. Zawsze przewija się coś, co jest ziarnem prawdy.

K.: To na pewno. W moim przypadku to jest tak, że jeżeli nawet to robię, to jest to raczej nieświadome. Dopiero później, kiedy patrzę z innej perspektywy na bardziej obszerny tekst, to widzę, o kurczę!, tu jakaś koleżanka z liceum albo jakaś impreza, którą zapamiętałam. Ale to są jedynie drobiazgi. Nikim się nie inspiruję, choć ludzie próbują się tego doszukiwać. Na przykład mój brat rozdał kiedyś te książki swoim koleżankom, od których później zdarzyło mu się usłyszeć: Łukasz, ona pisze o Tobie, ten bohater nawet używa Twoich perfum… To są takie drobnostki, które można skojarzyć, ale to na pewno nie jest celowe.

5 komentarzy

  1. Daria

    Cudowne!!! Piękna pisarka, super wywiad, zdjęcia mega. Znam książki i polecam Ci Kosinus!!!

    Odpowiedz
  2. Adela

    Żenuje mnie poziom twórczości pani Katarzyny. To proza niskich lotów dla kur domowych. Kobieta nudziła się w pracy i „zaczęła czytać” (wiem, wiem, lepiej późno niż wcale, jak w szkole się nie czytało, to chociaż w pracy). Przeczytała Greja, przeczytała Crossa i nagle uznała, że wie o pisaniu tyle, żeby napisać swoją książkę. W szkole nie lubiła polskiego i przyznaje, że się do niego nie przykładała. Książek nie czytała. To ja się pytam, na jakiej podstawie ta kobieta mogła napisać coś dobrego? Pierwsza zasada szkół pisarskich mówi o tym, że aby pisać, trzeba najpierw czytać. Aby napisać jedno słowo, trzeba przeczytać tysiąc. Nic dziwnego, że to zostało wydane ze współfinansowaniem, bo nikt by nie przyjął „dzieła” napisanego na poziomie blogów prowadzonych przez 13-latki (chociaż Grej nie jest napisany lepiej – co świadczy jedynie o osobach, które się nim zachwycają). To przykre, że erotykę piszą głównie osoby, które nie mają nawet podstawowej wiedzy na temat pisania. O autorce świadczą jej własne słowa w tym wywiadzie – potwierdza, że nie ma umiejętności. Redaktor subtelnie próbuje jej zasugerować, że jej bohaterki są nijakie, bezbarwne, jednakowe – wszystkie uległe i nudne do oporu, ale ona zdaje się nawet nie zauważyć, że to coś złego. Bohater powinien być aktywny. Bierne postacie są najgorszymi z możliwych. Kobiety, które tworzy pani Katarzyna są niezrównoważone emocjonalnie i mają inteligencję na poziomie gimnazjalisty. Nie takich kobiet nam trzeba w literaturze. Inna sprawa to fakt, że w każdej kolejnej książce możemy spodziewać się tego samego – miłości głównych bohaterów opartej na pierwszym zauroczeniu (po co komu coś głębszego?) silnego faceta do słabej, biernej kobiety. Każdego z bohaterów da się opisać jednym słowem, bo nie mają charakterów. Każdy jest taki sam – on ma siłę i „trudne doświadczenia”, a ona jest piękna i chce mu pomóc. Wątki poboczne nie istnieją. Bohaterowie poboczni nie istnieją – są tylko marionetkami w służbie głównej linii fabularnej. To jest kwintesencja złej książki.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany