Odeszłaś.

Nie po cichu jaką jesteś…

Ale głośno i z impetem.

Odchodziłaś paląc wszystko.

Nie niespodzianie jak cień… Gdy chmury słońce przykryją…

Ale krzycząc i gryząc.

Bijąc wściekłymi wargi pianę.

Dla Ciebie nie było „może”.

Dla Ciebie nawet pewność była niepewna.

Wciąż pełna niewiary, wierzyłaś mocno…

Że udać się może nasze spotkanie…

Gdzieś międzyświaty.

Kochałaś chwilę, choć żyłaś wiecznością w świecie, którego nigdy nie było.

*

Mówisz do mnie śniąc złe sny.

Słyszę Cię w nocy.

Twój szept dobiega mnie z oddali, niespełnionym marzeniem, w snach tylko pozostałym.

 

 

O Autorze

REDAKTOR NACZELNA

O sobie mogę powiedzieć tyle, że piszę. Piszę, gdy siedzę sama w domu. Piszę, gdy mi się nudzi. Piszę, gdy czekam na tramwaj i gdy uda mi się w nim usiąść. Więc tyle o mnie. Piszę. To jedynie mi wychodzi, więc tego się trzymam. 24 lata, panna, bezdzietna. Zainteresowania: podróże, których nie odbyłam z braku odwagi; sztuka, której coraz mniej; fałszywe antyki na Kole.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany