Wkrótce Dzień Mamy, Dzień Taty, Dzień Dziecka. Ja jestem matką, Ty jesteś ojcem, jesteśmy dziećmi, mamy dzieci. Ktoś mówi: „Oni dobrze wychowali swoje dzieci”, a ktoś inny: „Ale niegrzeczny, matka z ojcem źle go wychowali”.

Porażka…

Wchodzę do sklepu. Do kupienia pieczywo, masło, warzywa… Nagle moje skupienie przerywa doniosły wrzask za plecami. Cała lista zakupów pryska jak bańka mydlana. Odwracam się i widzę, jak zdesperowana, młoda mama usiłuje przekonać trzylatka, że nie mogą sobie pozwolić na zakup piątego soczku. Dzieciak leży na podłodze, drze się zalany łzami, spłoszona mama rozgląda się nerwowo dookoła. Spokojnym, ale stanowczym tonem prosi malucha, żeby przestał. Niestety, skutek jest coraz gorszy.

– Pani uspokoi to dziecko albo wyjdzie z nim na zewnątrz, ja klientów nie słyszę – zdenerwowana ekspedientka strofuje matkę.

Jak w somnambulicznym transie wszystkie oczy skierowane są w stronę rozhisteryzowanego dziecka i jego nieporadnej matki. Zdenerwowana coraz bardziej próbuje nakłonić malca, żeby wyszli i porozmawiali, ale on zupełnie się tym nie przejmuje, a raczej w ogóle jej nie słyszy, sprawdzając wytrzymałość własnego gardła i uszu wszystkich wokół obecnych.
Antoś – mama próbuje pójść na układ – nie kupię tego soku, ale za to pójdziemy na plac zabaw – chłopczyk nie jest skłonny do pójścia na kompromis. Przecież i tak, jak co dzień, pójdzie pewnie na plac zabaw.

W końcu matka, ze wszystkich stron piętnowana przeszywającym spojrzeniem zebranych wokół oczu, kapituluje. Wkłada do koszyka piąty soczek. Antoś wyłącza natychmiast swój pokaz możliwości dźwiękotwórczych. Mama zdecydowanym chwytem zbiera Antosia z podłogi, szybkim krokiem idą do kasy, płacą… i po krzyku.

Wszyscy szczęśliwi…

Mama, że już nikt nie chce jej zlinczować za „źle wychowane” dziecko. Antoś, że ma pięć soczków. Ekspedientka może wreszcie usłyszeć, co do niej mówią klienci… I ja wracam myślami, co jeszcze mam włożyć do koszyka. I o co tyle krzyku? Przecież to tylko jeden soczek?

Porażka, większość oceni, porażka wychowawcza. Oj, ta mama, jeszcze nie raz zapłaci wysoką cenę za ustępstwo. A co będzie potem, kiedy Antoś zacznie dorastać, a wymagania będą się zwiększać? Jak „dobrze wychować” Antosia? „Dobre wychowanie”, o co w tym chodzi? Czemu to takie trudne, a może jednak takie łatwe? Wystarczy nie dać się szantażować krzykom Antosia. Wystarczy być stanowczym, konsekwentnym, trzeba wyznaczyć granice. Czemu jedne dzieci są „dobrze” wychowane a inne „źle”? I cóż to może oznaczać? Jak „dobrze” wychowane to sukces, a jak „źle”… porażka.

Dobre rady…

Tyle podręczników i poradników napisano na temat wychowania. Bierzemy którykolwiek i instrukcja gotowa. A Internet, od czego jest? Wystarczy wygooglać: Jak wychować dziecko? Co zrobić, kiedy dziecko nie słucha poleceń? Co zrobić, kiedy dziecko kłamie? Co zrobić, kiedy dziecko nie chce się uczyć? Co, gdy dorosłe dziecko nie chce pracować?

Więc googlam, a tu 1 050 000 wyników, blogi rodzicielskie, do tego jeszcze poradniki książkowe, dobre rady babci, cioci, wskazówki nauczycielki, posty i komentarze znajomych i ich znajomych o wychowaniu. No, po prostu, nic prostszego, jak skorzystać z tych wszystkich porad… łatwizna.

Programowanie…

Siedzę w autobusie, jadę do domu. Jeszcze kilka przystanków i zasiądę na tarasie z kubkiem ulubionej herbaty. Rozmarzyłam się tym widokiem i perspektywą rychłego odpoczynku. Z idyllicznego wyobrażenia wyrywa mnie niezbyt cicha konwersacja stojących obok dwóch kulturalnych pań.

– Wiesz, mój Olek studia kończy z wyróżnieniem, już myśli o doktoracie.

-A ta Kasia, córka Zosi, tak dobrze za mąż wyszła. Mąż z pozycją, kulturalny. Ona też wykształcona, rezolutna.

-No, a syn Tadka, to dopiero chuligan i pijak. Biedny Tadek, taki dobry człowiek, a takiego gałgana wychował.

Sukces? Porażka? 0-1, 0… porażka, 1… sukces. Zerojedynkowy system logiczny, programowanie Kasi, Antosia, Olka to łatwizna. Takie to proste.

 

Jak każdy rodzic chcesz „dobrze” wychować swoje dziecko. Chcesz się spełnić jako rodzic i odnieść sukces. A właściwie to nawet nie zastanawiasz się, czy chcesz, to przecież Twój obowiązek, po to zostałeś rodzicem, żeby „dobrze” wychowywać. Nie ulegać Antosiowi, żeby w przyszłości był prymusem, skończył studia, najlepiej z wyróżnieniem, dobrze zarabiał, był kulturalny, dobrze traktował i szanował innych ludzi, ożenił się z rezolutną córką Zosi i „dobrze” wychowywał swoje potomstwo. Żeby odniósł sukces… bla, bla, bla.

A co jak porażka? Jak znieść porażkę? A może lepiej tym rodzicem nie zostawać, myśli wielu młodych. Tylko kłopot, odpowiedzialność, a czasu i pieniędzy nie do policzenia. Wszyscy wbijają w ciebie wzrok, prześwietlają na wylot, czy dajesz radę, czy potrafisz „dobrze” wychowywać, być konsekwentnym, wyznaczać granice. Aż ciarki przechodzą na samą myśl i ciężar odpowiedzialności do udźwignięcia.

A po 20 latach starań, nieprzespanych nocy, noszenia na rękach, niekupienia piątego soczku, wożenia na zajęcia spełniające chwilowe życiowe marzenie ukochanego potomka, wywiadówkach w szkole, wspinania się po górach, wyjazdach w ciepłe kraje, bo przecież podróże kształcą, nie ulegania, ciągłego powtarzania, że nie można kłamać, mieć wszystkiego, że trzeba być uczciwym, nie dręczyć zwierząt ani kolegów w szkole, że trzeba ładnie się odzywać, że skarpetki powinny leżeć w szufladzie a nie na lampie, i że… bla, bla, bla.

Co jak znienacka usłyszysz… „źle” wychowałeś Antosia, Kasię, Olka tak jak Tadek. Porażka!!! Jakby Ci ktoś zburzył cały system 0-1. Zwieszasz głowę, co zrobiłeś nie tak, przecież tak się starałeś. Poczucie winy rozdziera twoją strapioną rodzicielską duszę, serce krwawi na myśl, że ktoś może oskarżać Cię za złe wychowanie ukochanej latorośli. Przecież chciałeś tak dobrze, wszystko szło tak dobrze, przecież miał być sukces.

Kochani rodzice, kochane dzieci…

Kochana Matko, Kochany Ojcze, Kochane Dzieci, nie wymagajcie od siebie heroizmu, nie zadręczajcie się, jeśli Twój ukochany syn czy córka nie jest spełnieniem ani zwieńczeniem Twojej żmudnej wychowawczej drogi, bo przecież… nie tak miało być. Nie trać sensu życia, tylko dlatego, że Twoje dziecko nie jest na Twoje podobieństwo. Ba… winno być nawet doskonalsze niż Ty, bo przecież dałeś mu więcej, niż sam dostałeś od rodziców.

„Dzieci nie są naszą własnością. To zbyt obciążające być czyimś sensem życia”. Tak napisała w swojej książce[1] Kasia Borowska, moja redakcyjna koleżanka. Bardzo mnie to zaintrygowało, dzieci nie są i nie mogą być ani naszym sukcesem, ani porażką. Dajemy im jedzenie, ciepło, miłość, bezpieczeństwo, siebie. Dajemy im fundament, a co zbudują na tym fundamencie, to już ich wola.
Nie ma potrzeby, żebyśmy my dzieci i nasze dzieci były sensem życia, spełniały oczekiwania albo rozczarowywały. Nie ma też potrzeby, żeby rodzice i ich dzieci czuli się tym obciążeni, winni czy odpowiedzialni. Jest potrzeba, żeby kochać, być dla siebie ważnym, szanować decyzje i być… obok.

Sukces…

– Mamusiu, kocham Cię najbardziej na świecie – ogłasza głośno pod sklepem mały Antoś, łkając ciągle. – Jak urosnę kupię Ci pierścionek z brylantem.
Dobrze Antoś, bardzo Cię kocham – mama tuli i całuje synka.

Tato? Zapisałem się na terapię, chcę przestać pić. – A tata Tadek patrzy z niedowierzaniem na syna.
To wspaniale synu.
Chciałbym, żebyś poszedł ze mną, przynajmniej ten pierwszy raz.
Oczywiście synu, tyle ile razy będziesz potrzebował.

Mamo, mój wspaniały mąż mnie zdradza, rozwodzimy się – rezolutna Kasia łka do słuchawki. – Mamo ja już nigdy nie będę szczęśliwa.
Musisz czuć się bardzo skrzywdzona, Kasiu – mamę ogarnia smutek. – Ale uwierz mi, będziesz jeszcze szczęśliwa. Jest wielu porządnych mężczyzn, którym można zaufać.

Olek, kiedy zaczniesz pisać pracę, kochanie?
Mamo, tato nie będę się doktoryzował.
Coo?! Jak to?! Zaraz dostanę zawału!
Kochani rodzice, Julka jest w ciąży, bierzemy ślub, a ja idę do pracy, bo zakładam rodzinę.
No, ale przecież…?
– Już postanowiłem kochani. Doktorat poczeka, a wy będziecie mieli wnuka – całuje na pożegnanie oniemiałych z wrażenia rodziców…

Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
są synami i córkami powołanymi do życia przez życie,
przychodzą przez was, ale nie z was.
I choć są z wami, do was nie należą.

Możecie im przekazać waszą miłość,
ale nie wasz sposób myślenia, bo one mają swój własny.

Możecie przyjąć ich ciała, ale nie ich dusze,
bo ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego wy nie możecie wejść nawet w waszych snach…
[2]

 

Kończąc wierszem poety, spojrzałam na swoje „niedoskonałe dzieci” i na siebie „niedoskonałą matkę” i na „niedoskonałego ojca” moich dzieci i pomyślałam… do diabła… z sukcesem czy porażką. Zachowajmy spokój i róbmy swoje… oczywiście każdy, jak najlepiej potrafi. Życzę Wam, Kochani Rodzice, przyjemnego czytania poradników 🙂

Wasza Baba Dorota – matka, rodzic, dziecko

 

 

[1]              Katarzyna Borowska, Ta, która idzie, wyd. teBaby.pl, Warszawa 2017

[2]              Khalil Gibran, O dzieciach, www.mojajoga.wordpress.com

 

O Autorze

Praktyczna i zorganizowana optymistka. Bardzo dojrzała kobieta pracująca, w posiadaniu dojrzałego męża, dorosłych dzieciaków, uroczej suczki i dwóch szalonych kotów. Lubię włóczyć się po wszelkich ciekawych miejscach, urządzać, aranżować i dopieszczać swoją działkę. Ponieważ lubię wyzwania i babski świat, to chyba nie przestanę pisać. No cóż…to ja, Baba.

2 komentarze

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany