Magda pracuje jako stewardessa VIP w prywatnym odrzutowcu będącym własnością zamożnej tureckiej rodziny. Swoją karierę w lotnictwie zaczęła tuż po ukończeniu szkoły średniej, kiedy to dostała propozycję pracy dla jednego z europejskich przewoźników. Uwielbia podróżować, zmieniać miejsca zamieszkania i poznawać inne kraje od wewnątrz. W tym wywiadzie zakosztujecie życia w Barcelonie, Wenecji, Dubaju i na Rodos. Wspólnie z Magdą doświadczycie gościnności mieszkańców Madagaskaru i zanurzycie się w błękitnych wodach Malediwów. Nasza rozmówczyni opowie Wam też o urokach kubańskich uliczek, różowych flamingach na Arubie oraz  kulturze krajów arabskich. W podanych linkach znajdziecie jej Instagrama oraz bloga, którego Magda prowadzi już od pięciu lat: @flymagdalene_, magdaleneanne.com.   

Od pewnego czasu mieszkasz w Turcji, a konkretnie w Antalyi. Jak Ci się tam żyje? Czy pandemia mocno daje tam o sobie znać?

Żyje mi się tutaj bardzo dobrze, na pewno lepiej niż kiedyś żyło mi się w Polsce. Na początku trochę się obawiałam, jak to będzie, nigdy wcześniej nie spodziewałam się, że cokolwiek sprowadzi mnie do Turcji na dłużej. Już wcześniej bywałam tu prywatnie i służbowo, ale nie wpadłam w zachwyt. Stwierdziłam, że szybko tutaj nie wrócę, a jeśli już to do Stambułu… A jednak tak mi się życie poukładało, że wylądowałam w Turcji, wróciłam. Może nie na całe życie, ale przynajmniej na rok albo dwa lata, zobaczymy. Bardzo mi się tu podoba, atmosfera jest naprawdę świetna. Nie ma tutaj rzeczy niemożliwych, a ludzie są mega pomocni. Oczywiście teraz jest lockdown, w weekendy lokalni nie mogą wychodzić z domów w celach innych niż do pracy bądź do najbliższego sklepiku osiedlowego. To trochę utrudnia życie, ale poza tym, można tutaj zapomnieć o pandemii. Policja stoi bardziej po stronie obywateli niż po stronie reżimu covidowego, wszystko jest pootwierane, wszystko normalnie funkcjonuje. Można wyjść do centrum handlowego, do restauracji, do kawiarni. Nie goni się tutaj ludzi za to, że spotykają się w większych grupach, nie ma też „maseczkowego terroru”, wielu ludzi po prostu nie nosi masek, zdarza się, że policjanci też ich nie noszą. Bardzo podoba mi się to, że jest tu normalne życie. Moja wizja tego kraju jest teraz zupełnie inna niż za czasów, kiedy przyjeżdżałam tutaj na parę dni. Wówczas widziałam tylko wakacje, turystów i natłok ludzi, nie znałam życia lokalnego. Kolejna rzecz, dzięki której czuję się w Turcji jak u siebie w domu, to to, że wszędzie są koty. Ja bardzo chciałabym mieć kota, ale mój zawód mi to uniemożliwia, a tutaj na ulicach jest pełno kotków, które są oswojone i podchodzą do ludzi. Jestem typową kociarą, więc mam klimat jak u siebie. Jedyne, co mi się nie podoba to to, że w tym rejonie, w którym mieszkam, ludzie często biorą mnie za Rosjankę lub Włoszkę. Kiedy raz zapytałam, skąd takie spostrzeżenia, to pewien pan odpowiedział mi, że mówię z włoskim akcentem. Ja oczywiście się z tym nie zgadzam, ale tak już tutaj bywa, że jest się porównywanym do innych narodowości. Mieszkańcy, zwłaszcza z tych turystycznych rejonów Turcji, mają sporą tendencję do brania cię za kogoś kim nie jesteś. Na początku bardzo mnie to irytowało, w sumie nadal mnie irytuje, ale nauczyłam się odcinać od tego psychicznie i ignorować. Kiedy ktoś zaczyna mówić do mnie np. po rosyjsku to robię głęboki wdech, potem wydech i idę dalej.

Czy doznałaś w Turcji jakichś szoków kulturowych? Co Cię tam najbardziej zaskoczyło, zdziwiło?   

Nie. Ja jestem trochę jak kameleon i wszędzie się dopasuję. Nie doznałam żadnego szoku kulturowego, zwłaszcza że jestem już przyzwyczajona do wędrowania po świecie, gdzie niejednokrotnie miałam do czynienia z różnymi kulturami i z różnymi ludźmi. Odwiedziłam dużo krajów, w kilku też mieszkałam. Chociaż jest pewna rzecz, która mnie dziwi. Otóż, niejednokrotnie słyszałam, że jestem bóstwem, boginią, córką Allaha. Kiedy zapytałam jednego z moich lokalnych znajomych, dlaczego ludzie tak mówią, odpowiedział, że mój sposób bycia i niebieskie oczy sprawiają, że widzą we mnie boską istotę. Według nich nie jestem zwykłym człowiekiem, a niebiańskim stworzeniem (śmiech).

Jak znajdujesz turecką kulturę, religię, mentalność mieszkańców, kuchnię?

W Turcji czuję się lepiej niż w jakimkolwiek chrześcijańskim państwie, bo jestem osobą mocno zakorzenioną w islam i w kulturę muzułmańską. Nie przeszkadza mi np. to, że z meczetów kilka razy dziennie rozbrzmiewa ezan albo to, że wszędzie wokół mnie są meczety. Nie brakuje mi symboli chrześcijańskich, bo nigdy nie byłam blisko chrześcijaństwa. Od bardzo dawna jestem związana z islamem. Zawsze noszę przy sobie miniaturową wersję Koranu. Religia w Turcji nie stanowi dla mnie żadnej przeszkody, wręcz przeciwnie, czuję się z tym bardzo dobrze. Co do kuchni tureckiej, to jest pyszna, tylko że trzeba na nią uważać, bo mimo, że jest wyśmienita, to nie służy ani zdrowiu, ani figurze. Tradycyjna kuchnia składa się z tłustych i słonych albo bardzo słodkich dań. Typowo tureckie słodycze są tak słodkie, że stają w gardle (śmiech). Kiedy przyjechałam, spróbowałam wszystkiego, żeby wiedzieć z czym mam do czynienia i poznać lokalne kulinaria, ale tutejsza kuchnia nie przypadła mi do gustu. Mam własne zdrowe nawyki żywieniowe, a kuchnia turecka nie należy do najzdrowszych. Te wszystkie kokorecze, pide, baklawy, chałwy i wiele, wiele innych lokalnych wytworów są bardzo obciążające dla układu trawiennego. Jeśli ktoś po przyjeździe żywi się głównie tym, to kilogramy lecą w górę ekspresowo. Co do ludzi… Lokalni we wszystkim ci pomogą niczego w zamian nie oczekując. To są bardzo mili, bezinteresowni ludzie. Jeśli chodzi o stronę finansową, to ja jestem zadowolona, bo w stosunku do zarobków życie jest tutaj tanie. Nie ma dramatów, jeśli chodzi o ceny lub utrzymanie mieszkania. Ja jestem jak najbardziej na tak!

Jakie wyzwania stawia przed tobą życie w Turcji?

Dla mnie największym wyzwaniem jest moja praca, która mnie tutaj ściągnęła. Jest to dla mnie coś nowego, bo do tej pory pracowałam w liniach komercyjnych, przewożących ludzi masowo. Teraz pracuję dla prywatnych właścicieli i mam na pokładzie jednego, dwóch, maksymalnie trzech pasażerów.

Na czym polega Twoja praca w liniach VIP i jak bardzo ona się różni od pracy dla tradycyjnych przewoźników?

W liniach komercyjnych jest zupełnie inaczej. Załoga jest podzielona, każdy ma swoje obowiązki, ludzie pracują razem i w razie czego można sobie nawzajem pomóc. Z tego typu przewoźnikami współpracują też inne firmy, które dostarczają na pokład katering, dowożą jedzenie, dbają o wyposażenie samolotu itd.  Grafik jest regularny, także wiesz, kiedy i jak pracujesz, kiedy masz dyżury. W prywatnym odrzutowcu wszystkie obowiązki spadają na mnie. To ja odpowiadam za bezpieczeństwo pasażerów, za dostarczenie rozrywki na odpowiednim poziomie, za katering i ozdoby takie, jak np. kwiaty, nakrycia stołu, poduszki. Sama muszę to wszystko przygotować, niezależnie o której godzinie jest wylot, dokąd i jak długa będzie trasa. Odpowiadam za przygotowanie samolotu, żeby mógł wystartować i za dopilnowanie, żeby wszystko było na czas. Grafik jest tylko orientacyjny, bo wszystko może się w każdej chwili zmienić. Często jest tak, że  dostaję informację o locie na dzień przed i albo od razu wiem, że wracam tego samego dnia, albo że wracam następnego. Zdarza się też tak, że kolejnego dnia lecę do Francji albo na Maltę i pracodawca daje mi znać, kiedy wracamy. Nie mam sztywnego grafiku, żeby wszystko sobie dokładnie zaplanować. Zdarza się też, że jestem cały czas w trasie i przelatuję z kraju do kraju. Jest to praca w sam raz dla mnie, bo nie ma w niej rutyny. Poza tym, mimo nawału obowiązków, daje ona możliwość wykazania się, polegania na własnym doświadczeniu i niezależności. Właściciele mojego samolotu traktują mnie bardzo dobrze i starają się dostosować do moich potrzeb, nie mogę im niczego zarzucić. Mam ten komfort, że zawsze mogę z nimi porozmawiać, jeśli coś się dzieje. Na pokładzie samolotu nigdy mi nie rozkazują, zawsze odnoszą się do mnie w przyjacielski sposób.

Kolejna różnica pomiędzy VIP a linią tradycyjną jest taka, że w tej drugiej lata mnóstwo pasażerów i każdego z nich trzeba obsłużyć, a w VIP mam tylko jedną lub dwie osoby, na których mogę się skupić. Tu daje o sobie znać następna różnica. Tak, jak już wspominałam, pomiędzy mną a właścicielami samolotu panują przyjacielskie stosunki, nie ma takich sztywnych relacji, jakie są z pasażerami na lotach komercyjnych.

Turcja nie jest pierwszym obcym krajem, w którym przyszło Ci mieszkać. Mieszkałaś już m.in. w Wenecji, Londynie, Barcelonie i Dubaju. Z czego wynika Twoja potrzeba ciągłego przemieszczania się, zmieniania miejsca zamieszkania? Wiem, że w jakimś stopniu wymaga tego od Ciebie charakter pracy, którą wykonujesz, ale czy jest coś poza tym?

Tak, dobrze zauważyłaś, że mieszkałam już w różnych krajach, w różnych miastach. Nie tylko moja praca mnie do nich zaprowadziła, ale także potrzeba migrowania, przemieszczania się, którą noszę w sobie już od dawna. Jest to też powód, dla którego wybrałam taką, a nie inną pracę. Pamiętam, że kiedy byłam jeszcze w szkole, powiedziałam głośno, że do trzydziestki będę mieszkać w pięciu krajach. Obecnie, nie licząc Polski, mieszkam już w szóstym i mam dopiero 22 lata (śmiech). Myślę, że to wynika też z mojej trudnej przeszłości i wcale nie chodzi tutaj o sprawy rodzinne. Kiedy skończyłam 16 lat, założyłam swojego bloga i niedługo potem zaczęły się dziać bardzo przykre rzeczy. Przez tego bloga znalazła mnie osoba, której początkowe zainteresowanie, może lekka fascynacja moją osobą i tym, co robię, zaczęły się przeradzać w obsesję. Ja chciałam jak najszybciej zakończyć z nią kontakt, ale im bardziej tego chciałam, tym bardziej ona nie dawała mi spokoju. W pewnym momencie jej nękanie wyszło poza internet i zaczęła wdzierać się do mojego życia osobistego. Ja i moja rodzina dostawaliśmy głuche telefony, a moi znajomi otrzymywali wiadomości z prośbą o podanie mojego miejsca pobytu. To wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę wyjechać zagranicę. Przeprowadzka sprawiła, że uwolniłam się od tego psychicznie, zaczęłam zdrowieć, przestałam odczuwać strach i bać się o swoje zdrowie i życie, bo wiedziałam, że moja prześladowczyni nie znajdzie mnie w obcym kraju, że już nie uda jej się mnie dosięgnąć. Ja zawsze byłam takim kolorowym ptakiem. Gdy jeszcze chodziłam do szkoły, to mówiłam wszystkim wokół, że nie będę siedzieć w jednym miejscu i że znajdę sobie taką pracę, dzięki której zwiedzę cały świat i jeszcze będą mi za to płacić (śmiech). Zawsze wiedziałam, że nie wytrzymam siedząc w biurze i muszę podróżować, bo inaczej będę się źle czuła. W im większej ilości miejsc będę mieszkała, tym będę szczęśliwsza. Kocham podróże, lubię zmieniać otoczenie, lubię być takim kameleonem, poznawać różne aspekty życia, różne kraje, różne miejscowości, kultury, zwyczaje, religie itd. Jestem bardzo wdzięczna za pracę, która pozwala mi się spełniać nie tylko zawodowo, ale i życiowo, dzięki niej jestem obywatelem świata. Mam taką potrzebę serca, żeby cały czas się rozwijać i nie ograniczać siebie. Lubię się przenosić, bo to mnie uszczęśliwia, a mieszkanie w kolejnym kraju to dla mnie prezent od życia.

Jak wyglądają Twoje przeprowadzki? Dostajesz propozycję pracy w danym kraju i co dalej? Powstaje mnóstwo pytań i wątpliwości, czy też nie rozmyślasz zbyt wiele i zdajesz się na to, co przyniesie los?

Po otrzymaniu propozycji pracy w danym kraju, niezależnie od tego, czy to jest gdzieś blisko, czy na drugim końcu świata, ja się zbyt długo nie zastanawiam. Oczywiście kalkuluję sobie, czy mi się to opłaci, ale jeśli dojdę do wniosku, że nie wyjdę na minus, to biorę. Podchodzę do tego w ten sposób, że zawsze jest to nowe doświadczenie, możliwość rozwoju, szansa za poznanie świata i poszerzenia swoich horyzontów. A że ja lubię się przeprowadzać, to dla mnie kolejny plus, kolejna przygoda życia. Jeśli ewidentne jest to, że będzie ciężko finansowo, a zarobki będą za niskie w stosunku do kosztów życia, to wtedy mówię nie. Dostałam propozycje pracy w takich krajach, ale ich nie przyjęłam, bo po sprawdzeniu rynku nieruchomości wiedziałam, że ciężko będzie się tam utrzymać. Natomiast jeśli pracodawca oferuje mi zakwaterowanie bądź też wynajęcie mieszkania i koszty życia nie będą przekraczać mojej miesięcznej pensji to wchodzę w to. Nie mam większych oporów, lubię ryzyko, a odrobina adrenaliny jeszcze bardziej mnie przyciąga. Nie ma u mnie strachu, nadmiernego rozmyślania, czy dzielenia na czworo. Po prostu ja w to idę, bo dla mnie to jest coś, czego ja chcę.

Trudno jest znaleźć mieszkanie w obcym kraju? Czy w trakcie wyboru nowego lokum przytrafiły Ci się jakieś trudne/zabawne sytuacje wynikające z różnic kulturowych pomiędzy Tobą a właścicielami mieszkań?

To zależy od kraju – są takie, w których jest to bardzo łatwe i są też takie, w których tak szybko się tego nie ogarnie. Dostałam propozycję pracy we Francji, w Marsylii, ale nie zgodziłam się, bo musiałabym wynająć sobie mieszkanie, co bez znajomości języka francuskiego było bardzo trudne. Kiedy próbowałam załatwić sobie zakwaterowanie, trafiałam na właścicieli mówiących wyłącznie po francusku, a usługi pośredników były bardzo, bardzo drogie. We wszystkich innych krajach, w których mieszkałam, nie miałam większych problemów z wynajmem, udawało mi się znaleźć takie w miarę przystępnych cenach, choć zdarzali się właściciele, których miło nie wspominam. Raz we Włoszech przytrafiła mi się taka sytuacja, że właścicielka mieszkania po prostu mnie okradła. Całe szczęście w żadnej innej miejscówce mi się to nie zdarzyło i mam nadzieję, że się nie zdarzy. W innych krajach na luzie dogadałam się z właścicielami. Np. tutaj, w Turcji, to mój pracodawca wynajmuje mi mieszkanie. Wszystko zależy od właściciela i od kraju, wszędzie zdarzają się przyjemne i nieprzyjemne wyjątki.

W którym z tych miast: w Wenecji, Londynie, Barcelonie czy Dubaju żyło Ci się najlepiej? Co Cię tam najbardziej urzekło?

Większość ludzi odpowiedziałaby, że najlepszym miejscem do życia jest Dubaj, ale nie w moim przypadku (śmiech). Mi żyło się najlepiej w Barcelonie i na Rodos. Na ulicach Barcelony czujesz się tak, jakbyś przyszła w tym mieście na świat, tam panuje bardzo rodzinna atmosfera, taka lekka i przyjemna. Jest tam bardzo radośnie, a mieszkańcy traktują cię jak swojego człowieka. Trzeba jednak uważać na drobnych cwaniaczków, którzy wykorzystują dzieciaki, by te dezorientowały ludzi, a następnie ich okradały. W hiszpańskim prawie dzieci są bezkarne i jeśli dopuszczą się jakiegoś przestępstwa, to nikt za to nie odpowiada. Poza tym, Barcelona bardzo mi się podobała, zarówno pod względem niezwykłej atmosfery, którą tworzą jej mieszkańcy – śpiewy, tańce na ulicach, ale też pod względem finansowym. W Barcelonie doceniałam też, i nadal doceniam, sieć komunikacyjną, a konkretnie metro, którym można śmigać z jednego krańca miasta na drugi. Można bardzo szybko, łatwo i wygodnie się przemieszczać. Dla mnie to było bardzo komfortowe, bo nie musiałam tłuc się samochodem, czy autobusami. W barcelońskim metrze można było też nawiązać świetne znajomości, bo ludzie ze sobą rozmawiali. To było takie miłe miejsce spotkań, bo np. w warszawskim metrze ludzie raczej patrzą na siebie z ukosa, a nie rozmawiają. Podsumowując, życie w Barcelonie ogromnie mi się podobało. Uwielbiam to miasto pod każdym względem i gdybym miała możliwość, wróciłabym tam. Nawet zastanawiałabym się, czy nie osiedlić się tam na stałe. To drugie miejsce to Rodos, które też jest taką moją perełką w sercu. Darzę tą wyspę dużym sentymentem, bo to właśnie na niej miały miejsce liczne przełomowe momenty w moim życiu. Mieszkańcy traktowali mnie jak lokalną boginię, bo bardzo różniłam się od nich wyglądem. Z daleka rozpoznawali moje blond włosy i jasne oczy (śmiech). Panowała tam bardzo rodzinna atmosfera. Pokochałam plaże i to wyspiarskie życie, które ma swój niepowtarzalny klimat. Miałam okazję mieszkać przy samej plaży i w każdej chwili mogłam sobie po niej pospacerować. Było tam pusto, bo turyści się na nią nie zapuszczali. To była moja własna oaza szczęścia. Także moje dwa ulubione miejsce to właśnie Barcelona w Hiszpanii i Rodos w Grecji. Pewnie gdybym nie zaczęła kariery w lotnictwie, to nadal mieszkałabym na Rodos. To taki mój domek i serducho mocniej bije na samą myśl. Jeszcze, prędzej, czy później, powrócę do swoich sercowych korzeni.

Na pewno masz wiele pięknych wspomnień z każdego z tych miejsc. Opowiesz mi o tych, które najmocniej zapadły Ci w pamięć? 

Rodos to sprawy bardziej osobiste, miłosne, planowanie ślubu. Wenecja to czas poważnych decyzji i ostrych posunięć, zarówno osobistych, jak i zawodowych. Zostawiłam daleko za sobą wszystko to, co mnie unieszczęśliwiało. Postanowiłam dać szansę samej sobie, uznałam, że od teraz to ja jestem najważniejsza, że mogę mieć to, na co zasługuję i stać się osobą, o której zawsze marzyłam. Postanowiłam zapomnieć o swoich kompleksach i zapracować na wszystko, czego pragnę, bo jestem do tego zdolna, bo chcę być naprawdę i szczerze szczęśliwa. I tak się stało. W Barcelonie nic wielkiego się nie wydarzyło, ale udało mi się nawiązać znajomości ze świetnymi ludźmi, z którymi mam kontakt do teraz, przyjaźnimy się, jesteśmy ze sobą bardzo blisko. W tym mieście życie toczyło się na wysokich obrotach, jednak u mnie nie zaszła wówczas żadna przełomowa zmiana. Najfajniejszym wspomnieniem z Barcelony są właśnie nowe znajomości. A propos, w tym roku odnalazł mnie chłopak, który zagadywał do mnie w tamtejszym metrze i próbował się ze mną umówić (śmiech). Nie zgodziłam się, bo jestem w związku. Niedawno znalazł mnie na moim blogu, a później na Instagramie i napisał do mnie, czy go jeszcze pamiętam. To są moje dwa najlepsze wspomnienia – to, że poznałam ludzi, z którymi teraz jestem blisko jak z rodziną i to, że chłopak, z którym zamieniłam tylko parę słów, był w stanie zapamiętać mnie na tak długo i odszukać mnie, znając jedynie moje imię. Co do Londynu, to nie przemówił on za bardzo do mojego serca. Moje najlepsze wspomnienie wiąże się z pracą, bo to właśnie tam zrozumiałam, że stać mnie na bardzo dużo, jeśli chodzi o lotnictwo. Kiedy w wieku 19 lat dostałam propozycję pracy w British Airways, pobijając w procesie rekrutacji osoby, które przyszły z Emirates, Etihadu bądź Qataru, nie wierzyłam własnym oczom. Czytałam tego maila od nich chyba z pięćdziesiąt razy i dalej nie dawałam wiary w to, że taka firma jak British w ogóle mnie przyjęła. Dzięki temu pojęłam, że mogę, że potrafię, że moje kompleksy są tak naprawdę niepotrzebne i że jestem w stanie osiągnąć wiele. To uświadomiło mi, że muszę iść po więcej. Stałam się niepowstrzymana i zaczęłam przeskakiwać z firmy do firmy. Wiedziałam, że w końcu osiągnę ten szczyt, na którym mi najbardziej zależy. To właśnie w Londynie nastąpił przełom i powstała nowa wersja mnie. A Dubaj to oczywiście linia mojego życie – Emirates, po prostu coś wspaniałego. Chociaż ja się zbytnio tym Dubajem nie nacieszyłam, nie zdążyłam poznać go w pełnej krasie tak, jak powinnam, bo zaraz po tym, jak się tam przeniosłam, wybuchła pandemia. Zaczęło się szaleństwo, które znamy wszyscy – lockdowny, restrykcje, brak możliwości latania. Z Dubajem wiążą się zatem te dobre, jak i te smutne wspomnienia. Z jednej strony to tam miałam swój najlepszy czas, możliwość spełniania marzeń, a z drugiej zaczęłam to wszystko tracić. Kiedy przyszedł covid i wszystko zaczęło się komplikować, wiedziałam, że tak naprawdę nie poznam tego Dubaju, który był przed pandemią. Z biegiem czasu doszłam do wniosku, że nie ma już dla mnie miejsca w Dubaju i że zostając tam więcej stracę niż zyskam. Później wylądowałam tutaj, w Turcji.

Każdy taki dłuższy pobyt zagranicą przynosi wiele nowych doświadczeń, poszerza horyzonty i otwiera umysł na zupełnie nowe możliwości. Jakie wartości udało Ci się wynieść z tych miejsc, w których mieszkałaś? Jakie zmiany w sobie zaobserwowałaś?

Tak, to prawda. Np. ja, będąc we Włoszech, poznałam życie z zupełnie innej strony, poznałam samą siebie, swoje mentalne, duchowe i fizyczne potrzeby. Zauważyłam, że nie czuję się dobrze ze swoim ciałem i że muszę nad sobą popracować. Za każdym razem, w każdym kraju, w którym mieszkałam, odnajdywałam się inaczej i poznawałam nowe strony swojej osobowości, swoje atuty i słabości. Przebywanie w wielu krajach pokazywało mi to, kim tak naprawdę jestem i co się ze mną dzieje. Zauważyłam, że mam wysokie zdolności adaptacyjne, jestem osobą bardzo otwartą, tolerancyjną, chłonącą lokalne życie i potrafiącą wtopić się w otoczenie. Poznałam mieszkańców miast, w których bywałam, z całkiem odmiennej perspektywy i wyrobiłam sobie własną opinię na temat np. Hiszpanów, oczywiście tych, których znam osobiście, i mniej więcej wiem, jaka jest mentalność tej narodowości. Otworzyły mi się oczy na problemy lokalnych społeczności i na ich zalety. Zdobyłam nowe umiejętności, uczyłam się języków, poznałam nowe tradycje, kultury i wierzenia. To wszystko sprawiło, że zaczęłam stawać się osobą o bardzo szerokich horyzontach. Wiem, że gdybym mieszkała tylko w Polsce albo tylko w Grecji, byłabym o wiele bardziej ograniczona. Teraz mam w sobie taką otwartość na świat. W jakimś stopniu przesiąknęłam też tymi miejscami, w których mieszkałam. Np. kiedy byłam w Grecji, ludzie, których dopiero co poznałam, zadali mi pytanie, czy mam włoskie korzenie, bo mój akcent, mowa ciała i zachowanie wydały im się typowo włoskie (śmiech). Żyjąc z tymi gorącokrwistymi narodami, mam tu też na myśli Hiszpanię, stałam się tak naprawdę jedną z nich. Nawet tu w Turcji porównywano mnie do Włoszki. Ja wiem, że noszę w sobie cząstkę każdego kraju, w którym mieszkałam. Już zawsze będę w jakimś stopniu osobą multi kulti, jak gąbka przesiąkniętą różnymi kulturami. Nauczyłam się też doceniać każdą chwilę i każdy dzień, bo żyjąc i podróżując po wielu krajach, zauważyłam z jakimi problemami zmagają się ludzie i że moje własne to tak naprawdę nic wielkiego. Jestem wdzięczna za to, że żyję, jestem, mieszkam, pracuję i oddycham.

Podróże stanowią ogromną część Twojego życia. Które miejsca na świecie wywarły na Tobie największe wrażenie?

Tak naprawdę podobała mi się większość miejsc, w których byłam, ale do mojej tzw. trójcy świętej należą zdecydowanie Malediwy, Madagaskar i Aruba. Malediwy to mój raj na ziemi. Niektórzy ludzie twierdzą, że to miejsce stworzone jest wyłącznie dla zakochanych na podróże poślubne, ale jeśli chodzi o mnie, to ja mogłabym tam nawet zamieszkać, nie schodzić z tych rajskich plaż i nie wychodzić spod wody. Może któregoś dnia życie mnie tam zaprowadzi. Kto wie? Na Madagaskarze największe wrażenie zrobili na mnie mieszkańcy tej wyspy. Oni są niczym anioły. Ci ludzie tak naprawdę nie mają nic, a mimo to emanują pozytywną energią i radością życia. Chociaż sami nie posiadają nic, to, jeśli byłabyś w potrzebie, z chęcią oddaliby ci ostatniego banana albo ostatnią rybę, którą złowili. Są bardzo pomocni i otwarci. Pewnego razu, wędrując samotnie po plaży, nagle usłyszałam śmiech. Odwróciłam się i ujrzałam grupkę nastoletnich dzieciaków. Podeszłam do nich, zagadałam, a oni zaczęli się do mnie przytulać i rozmawiać ze mną, choć rozumieli zaledwie parę słów po angielsku. Potem zaprosili mnie do siebie do domu na posiłek składający się z ryb, sałatek, wędzonych bananów i wielu innych potraw. Kiedy w końcu przyszedł przypływ i zaczęłam obawiać się o swój powrót do hotelu, oni zaoferowali mi przeprawę łódką albo nocleg. Serce mi się topiło, kiedy patrzyłam na tych ludzi siedzących na ulicach pod prowizorycznymi konstrukcjami, które miały zapewnić im schronienie, a mimo to szczęśliwych, uśmiechniętych, cieszących się z tego, że w ogóle żyją i że wstał kolejny dzień. Z Arubą było tak, jakbym przeniosła się do krainy baśni. Pamiętam różowe flamingi, które podchodziły do mnie, by jeść mi z ręki, wspaniałe miejsca do nurkowania i do snorkelingu, kolorowe rybki. Poza tą moją trójcą na oddzielny komentarz zasługuje jeszcze Kuba. Ludzie tam są bardzo radośni, widoki piękne, a klimat gorący, choć dzięki porywistym podmuchom wiatru nie da się tego odczuć. Ta wyspa ma swój własny osobliwy urok, jak z czasów PRL-u, ale ludzi są gościnni i z sercem na dłoni. Na ulicach można zobaczyć furmanki i policję w Fiatach 126p.

Jaka historia kryje się za wykonanym na Madagaskarze zdjęciem, na którym trzymasz w objęciach gromadkę dzieciaków?

Jest to zdjęcie z jednego z moich pierwszych pobytów na Madagaskarze. Wówczas popłynęłam sobie łódką na osobną wysepkę, na której bawiła się gromadka dzieciaczków. Kiedy zauważyłam, że przyglądają mi się i próbują zwrócić na siebie moją uwagę, pomachałam do nich, uśmiechnęłam się i podeszłam. Dzieciaki zaczęły się ze mną bawić, przytulały mnie i wchodziły ze mną do wody. Spędziłam z nimi trzy godziny, a potem wróciłam do hotelu, żeby coś zjeść. Wróciłam tam kilka godzin później. Tym razem dzieciaki powitały mnie radosnymi okrzykami, machały do mnie, skakały. Moja łódka jeszcze nie zdążyła przybić do brzegu, a one już chciały się do niej dostać i jak tylko z niej wyszłam, natychmiast rzuciły mi się w ramiona i nie chciały mnie puścić. Wtedy na tej łódce był też ze mną mój kapitan i, mocno wzruszony zaistniałą sytuacją, zaczął nam robić zdjęcia, czego ja nawet nie zauważyłam. W ten sposób udało mu się uchwycić ten wzruszający moment, jak i to, że maluchy narysowały na piasku moją podobiznę w postaci syreny (śmiech). Gdy nadeszła pora rozłąki, niektóre dzieciaki zaczęły płakać i nie chciały wpuścić mnie do mojej łódki. Jest to piękna historia, której nigdy nie zapomnę, choć jej koniec okazał się dla mnie niezbyt przyjemny. Kilka godzin spędzonych w pełnym afrykańskim słońcu poskutkowało tym, że następnego dnia obudziłam się z dreszczami, gorączką i zawrotami głowy. Do tego doszły jeszcze ukąszenia owadów i skończyło się na tym, że byłam bliska zamknięcia w kwarantannie na Madagaskarze.

Podoba mi się też fotografia, na której występujesz w tradycyjnym indyjskim stroju. Jakich jeszcze nowości doświadczyłaś w Indiach?

Indie to kraj kontrastów, to kraj, który ma wiele pięknych zabytków i pięknych miejsc, a także smaczną kuchnię. Bardzo przypadły mi do gustu indyjskie dania, ale same Indie już nie bardzo. Doznałam tutaj sporego szoku kulturowego. Panuje tu ogromny chaos i brud. Być może akurat miałam pecha, ale zauważyłam brak szacunku wobec kobiet i dużą natarczywość ze strony mężczyzn, nie tylko w stosunku do mnie, ale także do innych. Wjeżdżając do Indii poczułam się jakbym znalazła się w zupełnie innym wymiarze. Lokalne uliczki wypełnia hałas, bałagan i brud. Nie podoba mi się zupełny brak organizacji. Nie byłabym w stanie wytrzymać tam dłużej niż parę dni. Nie chcę tu oczywiście nikogo obrazić, ale absolutnie nie odnalazłabym się w hinduskiej kulturze, w jej obyczajach i standardach. Jedyne, co mi się tam podobało to kuchnia i te tradycyjne stroje.

Zwiedziłaś Wielki Meczet Szejka Zejida nosząc na głowie hidżab. Rozumiem, że wymaga tego tamtejsza kultura i religia. W jakich jeszcze miejscach na świecie musiałaś dostosować się do panujących lokalnych wymogów?

W meczetach trzeba nosić hidżab na głowie, a także ubranie zakrywające ramiona i kolana. Taki wymóg panuje w każdym muzułmańskim kraju. W Arabii Saudyjskiej należy mieć na uwadze to, w co się człowiek ubiera również poza meczetem, tam nie można odkrywać kolan i ramion także w przestrzeni publicznej. Taki sam zwyczaj można zaobserwować też w tych nieco bardziej konserwatywnych rejonach Maroka, Tunezji czy Egiptu. Powiem tak, w krajach muzułmańskich zdarzało mi się, że musiałam dostosować swój ubiór do lokalnych wymogów, zwłaszcza w takich miejscach, jak np. galerie handlowe. Ogólnie rzecz biorąc nigdzie nie odczułam dużej presji, żeby się zakrywać, robiłam to raczej z własnej woli.

Co jeszcze, oprócz spacerów po plaży, porabiałaś na Malediwach?

Nie da się ukryć, że głównym zajęciem na Malediwach jest relaks na tych przepięknych białych plażach. Grzechem byłoby nie skorzystać i nie poopalać się na słoneczku. Oprócz tego, bardzo lubiłam poranne treningi jogi, biegi oraz pływanie. Woda jest tam cieplutka jak w wannie, jej temperatura jest bardzo wysoka. Dużo nurkowałam, pływałam kajakami, paddlami, pływałam w rafie koralowej. Wieczorami uwielbiałam karmić płaszczki i pływać z rekinkami. Choć na początku miałam obawy, co do tych rekinów, to zaryzykowałam, przekonując samą siebie, że życie mam tylko jedno. Zauważyłam, że te rekiny stawały się z dnia na dzień coraz bardziej ufne, aż w końcu zaczęłam traktować je jak swoich pupili. Poza tym całymi dniami chodziłam z aparatem i robiłam mnóstwo zdjęć. Czegokolwiek bym na Malediwach nie robiła był to dla mnie relaks, odprężenie i sama przyjemność.

Jak Twój tryb życia przekłada się na relację z innymi ludźmi – rodziną, przyjaciółmi?

Co do relacji z ludźmi, to różnie z tym bywa – różnie bywa z rodziną, różnie bywa z przyjaciółmi i ze znajomymi. Na początku nie mogłam przekonać rodziny do swojego trybu życia i tego, co robię. Obecnie mój kontakt z bliskimi, którzy mieszkają w innym kraju, jest oparty głównie na rozmowach telefonicznych bądź przez kamerkę. Nie spotykamy się, bo jesteśmy od siebie bardzo daleko, a moje częste przeprowadzki utrudniają nam zorganizowanie spotkania. Myślę, że po tylu latach w końcu zrozumieli, że naprawdę zależy mi na tym, co robię, że jest to coś, czego potrzebuję, by być szczęśliwą i że to cała ja. Ze znajomymi i przyjaciółmi wygląda to w ten sposób, że jeśli ktoś, mimo rozmów i perswazji, nadal nie akceptuje mojego trybu życia, to po prostu przestaje być moim przyjacielem, czy znajomym. Taka osoba jest eliminowana z mojego otoczenia jak najdalej, bo ja nie lubię toksycznych ludzi, nie lubię osób, które sprawiają, że ja czuję się źle ze sobą, które próbują zatruć mnie swoją złą energią i wmawiać mi, że mój styl życia jest zły, że ja jestem zła i że powinnam robić wszystko inaczej. Ja takim ludziom mówię „pa”, ale ma to też swoją dobrą stronę, bo dzięki temu widzę, komu tak naprawdę na mnie zależy i kto przy mnie jest mimo że ja ciągle jestem gdzieś w rozjazdach. Jeśli ktoś jest przy mnie i daje mi swoje wsparcie, to wiem, że mogę liczyć na tę osobę. Co do związków, to tutaj nie ma uniwersalnej odpowiedzi. W moim przypadku wszystko zadziałało, ale są też takie osoby, które przez pracę w lotnictwie straciły swoich partnerów. U mnie natomiast wygląda to tak, że oboje bardzo dobrze znamy specyfikę branży lotniczej i dzięki temu mamy inny poziom zrozumienia. Chociaż nie ukrywam, że często zdarzały mi się sytuacje, kiedy myślałam, że będę musiała wybierać pomiędzy związkiem, a lataniem, bo zaczął u mnie dochodzić drugi wewnętrzny głos pod tytułem stabilizacja. Wywołuje on we mnie konflikt, bo z jednej strony wiem, że ja chcę latać, chcę podróżować i mieszkać w innych krajach, ale z drugiej chciałabym też bezpieczeństwa dla mojego związku, bo jednak to lotnictwo jest czymś co wchodzi w paradę. Jest mniej czasu dla tej drugiej osoby, jest inny rodzaj organizacji, bo trzeba to wszystko w jakiś sposób ze sobą pogodzić. Jest to trudne, ale nie niemożliwe. Akurat ja mam to szczęście, że udaje mi się godzić latanie ze swoim związkiem. Ta praca pokazała mi prawdziwe ludzkie oblicza, dzięki niej zorientowałam się, że nie wszyscy ci, których uważałam za swoich przyjaciół rzeczywiście nimi byli.

Jesteś osobą o niezwykłej odwadze, jesteś silna, niezależna i pewna siebie. Zawsze tak było, czy musiałaś w sobie te cechy wypracować?

W jakimś stopniu od zawsze miałam w sobie potrzebę niezależności, ale nie zawsze byłam silna i odważna. Ta sytuacja ze stalkingiem, która mocno odbiła się na mojej psychice, bardzo mnie wzmocniła i obudziła we mnie lwa, doprowadziła do tego, że stałam się tą osobą, którą jestem teraz. Właśnie te przykre i ciężkie doświadczenia sprawiły, że jestem kim jestem, że nabrałam potężnej siły. Stałam się wojowniczką, osobą, która pazurami walczy o swoje i nie ustępuje dopóki nie dopnie swego. Jestem tu, gdzie jestem i robię to, co robię dzięki temu, że przez lata toczyłam walkę z wrogiem, który chciał zniszczyć mnie psychicznie, a zamiast tego zbudował kogoś, kim jestem teraz, czyli życiowym wojownikiem. Można mnie chwilowo osłabić, ale nie można mnie złamać, bo i tak powstanę niczym feniks z popiołów i będę walczyć dalej. W pracy, którą wykonuję też trzeba mieć silny charakter, twardy tyłek i trzeba umieć sobie radzić. Dostawałam oferty pracy od najlepszych linii lotniczych, bo ich przedstawiciele widzieli we mnie silną osobowość i empatycznego człowieka, który się nie podda i jednocześnie będzie w stanie pomóc innym. Ja również przygotowuję ludzi do zawodu stewardessy, pomagam zmienić linie, co jest też kwestią tego przez co przeszłam. Mam twardy charakter, ale mam też miękkie serce, potrafię wyjść do ludzi z empatią, potrafię ich wysłuchać, zrozumieć, zmotywować i dać im trochę swojego serca, a nie tylko zimny profesjonalizm. Dzięki temu jestem bardzo pozytywnie odbierana, nie tylko przez pracodawców, ale także przez zwykłych ludzi, którzy obserwują mnie w mediach społecznościowych i starają się podążać moim śladem. Przez ostatnie dwa lata wykształciłam kilka tysięcy osób, którym udało się zdobyć pracę w chmurach. To daje mi niesamowitego powera, bo wiem, że nie jestem sama i że to, co robię spełnia marzenia innych ludzi i pozwala im odkryć swoje życie na nowo. To, że obserwuje mnie tyle osób i że ktoś może stawiać sobie mnie za wzór, jest zasługą tego, że ja nie jestem słodką idiotką, ani cukierkową dziewczynką, która osiadła na laurach, wychowała się na wacie cukrowej i dostała wszystko pod nos. Tak nie było, na wszystko zapracowałam sobie sama. Mam nadzieję, że moja pozytywna energia będzie szła w świat i pokazywała ludziom, że można osiągnąć sukces.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Magdaleny

O Autorze

HISTORIA

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, choć z ochotą podjęłaby też studia na kierunkach takich, jak historia czy historia sztuki. Wielbicielka prozy psychologicznej, obyczajowej i historycznej. Amatorka muzyki - tej, która potrafi wzruszyć do łez i pobudzić wyobraźnię. Fanka filmów z udziałem Kate Winslet, Cate Blanchett i Geoffreya Rusha. Ciągle dokądś goni i wiecznie brakuje jej czasu, ale kiedy uda jej się zatrzymać, choć na chwilę, wtedy czyta, pisze lub pije herbatę w towarzystwie babci.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany