Ponad cztery lata temu, ok. godziny 22.00 pojechałam na porodówkę. Po sześciu godzinach od odejścia wód płodowych na świecie pojawiła się Ona. Jako młoda matka i pierworódka wierzyłam w laktację, rzekę mleka płynącego z piersi i tezę, że każda matka jest w stanie wykarmić swoje dziecko.

Przez pierwsze dwa miesiące dzielnie znosiłam córkę uczepioną moich sutków i akceptowałam, że maminy cyc to nie tylko źródło pokarmu, ale też sposób na uspokojenie. Znałam definicję kryzysu laktacyjnego, miałam świadomość nawału mlecznego  i mnóstwa innych pojęć dotyczących matek karmiących.

Czy to już egoizm?

Po trzech miesiącach kładłam się z córką do łóżka i zagryzałam zęby, mając świadomość, że przede mną kolejna godzina z cyckiem na wierzchu. Łaskotałam w policzki i stopy, kiedy zaczynała przysypiać w czasie karmienia. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że dla niemowlęcia to nie lada wysiłek. W końcu trzeba nieźle się napracować, żeby się najeść. Odstawiałam od piersi. Przystawiałam. Nosiłam, żeby się odbiło.Po godzinie, często pół znów kładłam się do łóżka, znów z cyckiem na wierzchu. Nie ja pierwsza – nie ostatnia.

Z zazdrością patrzyłam na matki podające dziecku butelkę. Mimo to dalej zagryzałam zęby i przystawiałam po raz kolejny, przeklinając los, że wymyślił coś takiego jak karmienie piersią.

Potem chowałam głowę w poduszkę i płakałam, że tak dłużej nie wytrzymam. Wściekła darłam się w te pierze, że nie mam już siły i cierpliwości, że męczy mnie, że dziecko od rana do wieczora wisi na moich cyckach, że tylko przy mnie się uspokaja, że nakarmiłam pół godziny temu, a ona znów płacze i inne sposoby prócz maminego cyca nie działają. Waliłam głową w ścianę w łazience, że nawet wykąpać się nie mogę normalnie, bo zanim weszłam pod prysznic, już wołają mnie z powrotem. Szlag by to. A gdzie to macierzyństwo opisywane w samych superlatywach? Czemu nikt nie informuje o pojawiającej się wściekliźnie?

Jakby tego było mało, fabryka mleka zaczęła szwankować. Lewa pierś nadążała za potrzebami, w prawej produkcja ustawała. Nie pomagały ani częste przystawiania, ani laktator i herbatki laktacyjne. Jedyne co we mnie rosło to frustracja i złość. A może zabrakło mi determinacji i cierpliwości?

Wyrodna matka?

Po trzecim miesiącu przyszła myśl podania córce butelki. Rozważania za i przeciw. Czemu właściwe nie? A może jednak? Przeanalizowany na swój sposób bilans potencjalnych zysków i strat. Co z odpornością dziecka? Co z moim coraz gorszym samopoczuciem? A wieź między matką a dzieckiem wytwarzająca się w czasie karmienia piersią?

Decyzja o odstawieniu córki od piersi była nagłym impulsem. Z minuty na minutę powiedziałam: dość. I nagle poczułam, że powietrze z nadmuchanego do granic możliwości balonu zaczyna uciekać. Uświadomiłam sobie, że ja też jestem ważna – że ja również mam swoje potrzeby i potrzebuję przestrzeni. Przestrzeni w ciągu dnia tylko dla siebie, bez ciągłego myślenia o dziecku, o tym, czy jest głodne i czemu znów płacze.

Po ponad trzech miesiącach, być może z własnej wygody i czystego egoizmu podałam córce butelkę. Czy miałam wyrzuty sumienia? Owszem. Miałam – niemałe. Zarzucałam sobie, że pozbawiam ją czegoś w pełni naturalnego, co w zasadzie powinno być moim obowiązkiem. Moim – jako matki. Czy jednak to, że podaję jej mleko modyfikowane, oznacza, że o nią nie dbam? Czy to oznacza, że jej nie kocham? To w perspektywie czasu zupełnie nic nie znaczy. Dziecko karmione piersią i butelką kocha się tak samo. Tak samo zmienia się mu pieluszki. Tak samo z prędkością światła biegnie się po schodach, kiedy tylko zapłacze. Tak samo tuli się do snu i tak samo niepokoi, kiedy zaczyna chorować. Wszystko pozostaje tak samo. Zmienia się tylko sposób karmienia.

W końcu to moje cycki.

Miałam prawo się nimi z nikim nie dzielić – nawet z własnym dzieckiem. Przyznaję się – miałam dość karmienia piersią i z własnej wygody zdecydowałam o podaniu dziecku mleka modyfikowanego. Jedyne, co zostało mi po tym okresie frustracji, to biust w rozmiarze A, wyglądający jak rodzynki walczące z grawitacją. Założę się, że niektóre kobiety przed pięćdziesiątką mają jędrniejsze piersi niż ja, pomimo że brakuje mi nawet trójki z przodu. O rozstępach nie wspominam.

Nie krytykuję matek z dziećmi przy piersiach w miejscach publicznych. Nie krytykuję matek walczących o laktację ponad wszystko. Podziwiam je za to, że nie pękają jak mój balon. Podziwiam je za siłę, determinację i walkę.

Nie krytykujcie matek wybierających butelkę z różnych względów. One kochają swoje dzieci tak samo mocno.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany