Kobiecy orgazm może być wywoływany na wiele sposobów. Pierwszy z nich to orgazm łechtaczkowy – najprostszy do uzyskania. Polega na stymulacji łechtaczki w różnoraki sposób. Drugi to orgazm pochwowy, rzadziej przeżywany przez kobiety, osiągany między innymi podczas stosunku.

Ale czy tylko w ten sposób możemy przeżywać orgazm? Ciało kobiet ma wiele tajemnic, co wiąże się z posiadaniem wielu punktów erogennych. Orgazm możemy osiągać również przez stymulację sutków.

A co mówią nam statystyki?

Dla około 70% z nas stymulacja łechtaczki jest warunkiem koniecznym do pojawienia się orgazmu. Dzieje się tak, ponieważ łechtaczka i wargi sromowe są bardziej unerwione, a pochwa słabiej reaguje na bodźce. Tylko 20-30 % szczytuje podczas samego stosunku. Zaledwie 4% kobiet przeżywa orgazm w wyniku drażnienia brodawek sutkowych.

Jak rozpoznać orgazm?

Wyróżniamy 4 fazy :

  1. Podniecenie – napięcie mięśni, przyspieszone tętno, zwiększony przepływ krwi do narządów płciowych, zwilżenie pochwy
  2. Wzniesienie – zmiany zachodzące podczas podniecenia wzmacniają się, mogą wystąpić skurcze mięśni
  3. Szczytowanie – rytmiczne lub sporadyczne skurcze narządów płciowych trwające między 10 a 60 sekundami.
  4. Rozwiązanie – ciało stopniowo powraca do normalnego funkcjonowania.

Przejdźmy teraz do kwestii, która zapewne ciekawi nie tylko mężczyzn, ale również niejedną kobietę…

Po co udajemy orgazm?

A no po to, że mężczyźni dużo łatwiej go osiągają. Po to, że chcemy zrobić im przyjemność. Bo przecież facet, który jest w stanie „zrobić mi dobrze”, będzie chodził dumny jak paw – pozwalamy więc tym samym podnieść mu swoją samoocenę. Często same się w to wpędzamy, z góry zakładając, że będzie mu przykro, gdy znów się nie uda. I tworzy się błędne koło. I w końcu – robimy to po to, żeby szybko zakończyć seks. Czasem wydaje się nam, że jesteśmy w obowiązku uprawiać seks z partnerem, ale nie do końca mamy na to ochotę, bo miałyśmy zły dzień w pracy, bo kawa była za gorąca albo wiatr zbyt mocno wiał… Wiele z nas deklaruje, że co najmniej raz w życiu udawało orgazm, ale patrząc na to z drugiej strony – czy to się opłaca?

Może nie dla każdej z Was będzie to miarodajne porównanie, ale skoro my oszukujemy z orgazmem, nie dziwmy się że oni oszukują nas w innych kwestiach i w konsekwencji zdradzają (zawsze wychodziłam z założenia, że zaczyna się od małych kłamstw, a kończy na dużych – a karma zawsze powróci w odpowiednim czasie i z odpowiednią siłą). Poza tym jeśli powiemy prawdę, jest szansa na poprawę jakości życia seksualnego, co będzie korzystne dla obu stron 🙂

Jak zatem sprawdzić, czy udajemy?

Zapytany podczas jednego z wywiadów radiowych, znany, polski seksuolog Zbigniew Lew- Starowicz, zdradził słuchaczom tajemnicę. Dziennikarz prowadzący rozmowę był bardzo ciekawy odpowiedzi, jednak po jej uzyskaniu stwierdził, że wolał żyć w niewiedzy. Podczas orgazmu zaciskają się nasze mięśnie – nie tylko pochwy, ale również zwieracza odbytu. Przy symulowaniu orgazmu, te drugie będą rozluźnione. Swoją drogą – zastanawia mnie, czy znalazł się jakiś odważny, który to sprawdził…

Na koniec

Chciałabym, by każda z nas przeżywała orgazmy jak najczęściej, sama czy z partnerem… I niekoniecznie mówię tu o fizyczności, bo każdy orgazm zaczyna się w naszej głowie i to ona odpowiedzialna jest za dalsze etapy tej przyjemności… 🙂

Pisała dla Was: Ula Tomczuk

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany