Spotykamy się w garderobie. Wszędzie sukienki, buty, tony biżuterii. Kostium obok kostiumu. Przed lustrem Andy, czyli Kim Lee, najbardziej rozpoznawalny polski drag queen.

Kasia: Jesteś najbardziej znaną w Polsce drag queen. I jesteś dość zapracowany, występujesz w całej Polsce. W 2013 r. powstał o Tobie film dokumentalny „Kim jest Kim?”, a teraz grasz w Teatrze Soho w „Ościach” według Karpowicza.

Kim: Nie, ja tam nie gram. Ktoś gra mnie. Chłopak pochodzi z Japonii. Ja pomagałem w stylizacji, trochę uczyłem tego aktora ruchu. Wszystkie ciuchy są moje, wypożyczone do teatru.

fot.Karolina Zając

KG: A wygląda jak Ty….

KL: Reżyser wziął aktora. Wszyscy grają kogoś a ja gram siebie? To tak głupio.

KG: Ale pojawiasz się w powieści…

KL: Tak, jestem chyba jednym z ośmiu bohaterów w tej powieści. A wracając do pytania, to rzeczywiście zrobiło się coraz więcej występów, bo robię parę rzeczy związanych z drag’iem. Jestem drag queen w  tradycyjnym znaczeniu tego słowa, występuję w klubach, na eventach, paradach, na prywatnych imprezach i to jest jedna moja działalność. Doszły jeszcze do tego występy w burlesce.

KG: Jako aktor burleskowy?

KL: Performer. Raczej jesteśmy performerami, nie aktorami, dlatego że z aktorstwem to ma niewiele wspólnego. Robimy miny i gesty, ale nie nazwałbym tego aktorstwem. To jest taka męska burleska.

KG: A na czym polega męska burleska?

KL: Burleska pojawiła się na świecie dawno temu. W Polsce dopiero chyba od 5 lat. Burleska, szybko wyjaśniając, to jest striptiz, ale nie do końca. To nie jest ordynarny striptiz, ale artystyczny, z treścią, muzyką, rekwizytami, wachlarzami i tak dalej. Taki smaczny striptiz. Bardzo często jest tak, że dziewczyny przy okazji tego rozbierania sprzedają jakąś opowieść. Jest też tak, że dziewczyny są nierozmiarowe.

KG: Nierozmiarowe?

KL: XL. Są bardzo duże. Ale biorą w tym udział. Bo nie chodzi o to, żeby  podniecać widzów, ale żeby przedstawić treść i estetykę.

KG: A męska burleska?

KL: To samo robimy my, chłopcy. Nie jesteśmy striptizerami, chippendalesami i nikogo nie podniecamy. Czasami bywa wręcz odwrotnie (śmiech)

KG: To po co to?

KL: Rozbieranie jest tylko po to, żeby zwrócić uwagę widzów na to, co chcemy opowiedzieć. Bardzo często bywają numery, bo to się tak nazywa – numery,   polityczne, obyczajowe, do muzyki, w zależności co chcemy przekazać.

fot.Karolina Zając

KG: Kto przychodzi na wasze występy?

KL: Na pewno lewica bardzo lubi, intelektualiści lewicowi. Bywają też zwykli, nazywamy ich zwykłymi widzami. Każdy kto ma dystans, kto nie myśli, że to, co robimy jest niemoralne, jak faceci się rozbierają. Przychodzą naprawdę bardzo różni widzowie.

KG: Jak reagują?

KL: Wczoraj na przykład występowałem w burlesce i miałem bardzo dużo komplementów, gratulacji od panów, nie od pań. Bo panie to wiadomo, im się bardziej podoba. Kobiety są bardziej otwarte. Panowie się boją cokolwiek powiedzieć. A wczoraj miałem wiele takich komplementów, że fajny występ, że się podobało. I to byli na pewno panowie spoza środowiska LGBT. Bo to była knajpa ogólnodostępna. Raczej przychodzą intelektualiści. Panowie z budowy tam nie zaglądają, bo piwo jest za drogie (śmiech).

KG: A co to jest właściwie drag queen? Jakbyś Ty zdefiniował, bo my już o tym pisałyśmy w zakładce SEKS

KL: Ja definiuję drag queen po swojemu, nie będę wchodził w żadne definicje naukowe. Powiem o tym, co mamy wspólnego: drag queen, transwestyci, transpłciowe osoby i crossdressingi. Wszystkie te grupy mają jedną tylko cechę wspólną: zakładamy ubranie lub kostium o charakterze kobiecym. A w tych grupach też są różne osoby. Na przykład wśród drag queen są i tacy, którzy nie zakładają w ogóle sztucznych piersi i wyglądają zupełnie jak chłopaki, ale ubranie mają damskie.

KG: A co różni?

KL:  Różnimy się bardzo. Powiem tylko o jednej różnicy. Dla mnie drag queen to jest odgrywanie kobiety na 200, 300 procent i drag queen nie może istnieć bez publiczności, bez występów, bez reflektorów. Bez tego bylibyśmy albo crossdressingami, albo transwestytami, albo osobami transpłciowymi. Ale na pewno nie drag queen. Drag queen musi zrobić tak zwane show. Musi być publiczność. Dwie osoby, czy dwieście, czy dwa tysiące, to jest mniej ważne, ale musi być widz. To jest najbardziej ogólna definicja drag queen, dla mnie.

KG: Łatwo Ci mówić, że jesteś drag queen?

KL: Każdy z nas chce zrobić tak zwany comming out, bo jest nam lżej. Czy comming out w środowisku LGBT, czy w jakimkolwiek. Jak mówisz, że kochasz kogoś innego a nie tego, to jest w pewnym sensie comming out. Bo ukrywa się to wcześniej. Myślę, że comming out jest potrzebny, żeby dodać otuchy komuś, kto ma taki sam problem.  Comming out jest też bardzo dobry dla tej osoby, która go robi. Czuje się lżej. Ale nie koniecznie jest dobry dla najbliższego otoczenia. Weźmy na przykład moich rodziców. Czy im wiadomość, że jestem drag queen jest potrzebna? Tylko mają kłopot z akceptacją tego na starość. Więc nie wiem, czy to jest dobre. I wracam do tego, że każdy z nas ma swoje życie, czy musi wszystko powiedzieć? Czy komuś to jest potrzebne do szczęścia? Nie wiem. Ktoś może by powiedział, że jestem tchórzliwy albo egoista, albo że nie działam tak jak trzeba. Na więcej mnie chyba nie stać.

fot.Karolina Zając

KG: A może to nie jest potrzebne…

KL: No właśnie. Dla mojej mamy jestem synem a czy jestem drag queen czy nie jestem, to nie jest jej potrzebne. Wtedy musiałbym powiedzieć jej inne rzeczy, których nie wie o mnie. I wracamy do tego punktu, że każdy z nas, nawet najbliższe osoby, mają swoje życie. Nawet w małżeństwie wszystkiego się nie mówi. Są takie detale, że nie chce się o nich powiedzieć.

KG: A myślisz, że są sprawy, których nie można zatajać?

KL: Na pewno nie można zatajać czegoś, co tej osobie robi krzywdę. Tego jestem pewny. Ale jeśli to dotyczy tylko mnie, to uważam, że nie tylko można, ale powinniśmy. Wtedy zachowujemy troszeczkę swojego życia, swojej tożsamości. Czułbym się bardzo źle, gdyby wszyscy o mnie wszystko wiedzieli. Czułbym się goły, po prostu.

KG: Nawet tak bliska osoba jak…

KL: jak partnerka czy żona. Są takie rzeczy, że po prostu się nie mówi.

KG: Myślisz, że to daje zdrowie związkowi?

KL: Myślę, że tak. Dam przykład, nie wiem, czy odpowiedni. Często jest tak, widzę to u moich znajomych, że mają jedną łazienkę i jedna osoba myje zęby, a druga załatwia fizjologiczne potrzeby. Dla mnie to niedopuszczalne. Bo to jest tak intymne, że poczekam albo wyganiam. Nie lubię tego. Uważam, że to jest granica, którą trzeba zachować. Są inne rzeczy. Ktoś ma jakąś fantazję, powiedzmy seksualną, niedopuszczalną albo uważaną za dziwactwo czy zboczenie. Ma fantazję, ale nigdy tego nie realizuje. I nawet nie ma zamiaru realizować, ale fantazjuje. Uważam, że powinien to zachować dla siebie. To nikomu nic nie da, że powie.

KG: To jest recepta na dobry związek?

KL: Czy ja wiem? Na pewno trzeba zachować swoją autonomię. Tego jestem pewny. Nasze życie to jest takie coś, że składa się z różnych kółeczek. Ty jesteś w tym kółeczku i tam jestem taki. A w drugim kółeczku, tam gdzie jest ktoś inny, tam jestem inny. Jak pozbieramy te wszystkie kółeczka, to będzie rzeczywiście mój pełny obraz. Ale na szczęście nie jesteś we wszystkich kółeczkach, a tylko w jednym. (śmiech).

KG: Dlaczego zdecydowałeś się występować jako drag queen?

1 2 3

O Autorze

WYCHOWANIE

Pedagog z prawie dwudziestoletnim doświadczeniem, pracująca z dziećmi w wieku od przedszkolaka po gimnazjalistę. Trener kompetencji rodzicielskich. Racjonalna i logiczna. Marzycielka (ciekawe połączenie, pozorna sprzeczność ale możliwa, jest wszak kobietą). Niepoprawna optymistka i matka dzieciom (dorosłym). Kobieta pracująca, miłośniczka slowlife, pływania, czytania książek, oglądania filmów z Azji. Podróżniczka - póki co, tylko palcem po mapie bo wszystko przede nią w drugiej połowie życia!

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany