Kiedyś usłyszałam, czy wyczytałam… nie pamiętam już dobrze, że każdy kto pojawia się w naszym życiu jest naszym nauczycielem…

Pokazuje nam co nas jeszcze boli i co trzeba posprzątać…

Hmmm… Ciekawe…

Miałam nie tak dawno w moim życiu trudną dla mnie historię…

Moją wadą jest to, że ogromnie przywiązuję się do ludzi.

Ktoś powie: To nie wada.

A tak kochani! Bo ludzie pojawiają się w naszym życiu jak te kierunkowskazy i znikają…

A my w swojej mądrości musimy dawać im odejść… Nie przywiązywać się…

W moim życiu pojawił się więc nauczyciel…

Młody człowiek, który ujął mnie ogromnie swoją wrażliwością i zrozumieniem drugiego człowieka. Nasze drogi co rusz się krzyżowały i poczułam jak głęboko się do niego przywiązałam…

Jego niestety wadą było to, że nie lubił przywiązywać się wcale…

I ot pewnego dnia zniknął z mojego życia… Zrobiło mi się smutno…

Tęskniłam za rozmowami, spotkaniami…

Czas-lekarz powoli rozwiał smutek…

Jednak cała historia nie dawała mi spokoju…

Oto mój mistrz, nauczyciel pokazał mi moje przerysowane przywiązywanie do drugiego człowieka. Oto moja lekcja.

Hmmm… Ale…Jeśli on miał mi pokazać aby się nie przywiązywać, to co ja mu miałam pokazać?

Wszak on dla mnie, a ja dla niego nauczycielem byłam…

Ja, ta z przerysowanym przywiązaniem, on z jego brakiem… Dwa bieguny… Dwaj mistrzowie spotkali się aby siebie czegoś nauczyć…

On mnie, że ludzie będą odchodzić i że z lekkością mam na to pozwolić…

A ja jego? No właśnie? Że zawsze mają zostać już w sercu? I zawsze furtkę można uchylić, gdy zechcą wrócić?

Tak myślę, czuję, że tego ja miałam nauczyć jego….

A więc kochani, gdzie jest ta prawda? Dla mnie?

Po środku!

Pamiętać będę gdy znów ktoś stanie na mojej drodze… Przywitam mistrza w nim lecz i w sobie

i przyjmę lekcję…

Jego i swoją…

 

Pisała dla Was: Izabela Trędowicz

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany